Bieg na piątkę – AmberExpo – Gdańsk – 5.11.2017

Bieg na piątkę to impreza towarzysząca przy AmberExpo Półmaraton Gdańsk. Tydzień przed nim uczestniczyłam w ostatnim w ostatnim etapie ParkTour, więc trzymając się mojego ostatniego trendu: „bieg co dwa tygodnie”, weekend 4-5.11 powinien być wolny. Zatem dlaczego nie był?

Kilka miesięcy temu znajoma powiedziała mi, że przymierza się do przebiegnięcia półmaratonu. Właśnie tego konkretnego, gdańskiego. Pogrzebałam na stronie, zobaczyłam, że będzie też dystans dla mnie – 5 km. Zobaczyłam też, że oba biegi startują razem, kawałek biegniemy wspólnie po czym się rozdzielamy. Pomyślałam sobie: „Ha, pobiegnę! Przelecę piątkę, a później będę wypatrywać Dominikę i kibicować!”. Zapisałam się. Niestety, koniec końców tego dnia nie mogła pobiec, niezależnie od obranego dystansu. Zostałam sama.

Początkowo było mi przykro, bo mój plan był super. Zawody i kibicowanie w jednym. Miałam nawet takie myśli, że w sumie bez sensu teraz tam jechać, bez sensu brać udział, skoro plan się rypnął. No i hej, start w niedzielę o 9 rano! Nie, że o 9 wstać (co i tak jest wcześnie), ale o 9 już być na linii startu! Chore, chore! Zaczęłam żałować, że się zapisałam. Zaczęłam żałować, że odwaliło mi by wziąć udział w tej przebieżce o świcie. Do czasu.

Teraz, już po fakcie, dochodzę do wniosku, że dobrze się stało. Gdyby nie wstępne plany półmaratońskie koleżanki, nie znalazłabym się na starcie przy AmberExpo. Nie doświadczyłabym tego, co doświadczyłam. I… Ale może od początku!

Pakiet startowy odebrałam dzień wcześniej. Nie dlatego, że tak robię, bo lubię się wcześniej przygotować, tylko dlatego, że tak trzeba było. Trzeba też było wydrukować sobie kartkę z numerem startowym i oświadczeniem do podpisu. Z jednego strony wydawała mi się to głupie i wkurzało mnie, że muszę coś robić ponad program. Natomiast gdy zobaczyłam jak dzięki temu ładnie, sprawnie wszystko się odbywa, stwierdziłam, że to bardzo dobry pomysł i powinien zostać rozpowszechniony. W pakiecie jakieś ulotki, próbki, krem. W zasadzie to tradycyjnie. Niestety, znów brak worka, zamiast tego wielka reklamówka Asicsa, szkoda. Były dwa warianty pakietu: z koszulką i bez. Tym razem wzięłam bez i chyba trochę żałuję, bo wyglądały fajnie.

biegna5pakiet

Już w sobotę hala była pełna ludzi, nie tylko tych, którzy następnego dnia zamierzają zmierzyć się z innymi, ale też wystawców, różnych firm i osób, które usiłowały się tam promować. Już tego dnia czuło się klimat zawodów. Za długo tam nie zabawiłam, bo średnio lubię pałętanie się w zatłoczonych miejscach. Rzuciłam tylko okiem, odebrałam pakiet i uciekłam, mając w pamięci piękny łuk, wspaniałą metę, która była mi przeznaczona na niedzielę.

W niedzielę czekała mnie pobudka. Zdecydowanie za wczesna pobudka. Nie wstawało się łatwo, zwłaszcza, że sąsiedzi obok, oraz kolejni sąsiedzi obok, postanowili tego dnia urządzić sobie imprezę w nocy. Ale jakoś się zwlokłam, ogarnęłam i próbowałam wmusić w siebie śniadanie. Śniadanie w „normalnej” porze nie jest dla mnie łatwym tematem, o 6 rano to już zakrawa o jakiś absurd. Hop, hop i trzeba było jechać. Szybko jechać, ponieważ wjazd na najbliższy parking był zamykany ok. 7, a od drugiej strony ok. 8. Jeśli ktoś za późno się wygrzebał, nie miał szans na skorzystanie z bardzo nowoczesnego parkinu (dwóch kolesi stojących na wjeździe i drukujących paragony) za 15 zł. Nie chciało mi się szukać niczego innego, więc wjechałam tam, bo najbliżej. I tu wielki plus dla organizatorów. Choć z owym parkingiem nie mają nic wspólnego, bo to nie ich teren, to podali szczegóły, cennik i konkretne godziny zamknięcia dróg dojazdowych. Nie bardzo rozumiem krzyki i płacze ludzi, którzy co chwilę jęczą, że ciężko im było dotrzeć na start, by wziąć udział w wydarzeniu. Chyba po prostu lubią sobie ponarzekać (dziwne, ja też lubię narzekać, a tu nie narzekam…), bo wszelkie informacje były podane z wyprzedzeniem, nie tylko na stronie i fanpage’u, ale też zostały wysłane na maila.

Gdy rozejrzałam się po okolicy, zobaczyłam rządek toi toików. Pierwsza myśl – „jak zwykle za mało…” – okazała się być błędna. Korzystałam kilka razy, ani razu nie czekałam w kolejce. Po prostu podchodziłam i zawsze jakiś był wolny. Nie widziałam też tradycyjnych tłumów wyczekujących w okolicach niebieskich wychodków. Nie wiem czy to kwestia szczęścia, czy w końcu trafiłam na imprezę z wystarczającą ilością kibelków, wow!

Przed startem rozgrzewka. Nie często są rozgrzewki, a jak są to prowadzone w inny sposób. Sposób bardziej mi odpowiadający: bardziej skoczny, dynamiczny. Co prawda po takim skakaniu przy muzyce już jestem zajechana, ale jednak wolę taką formę. Tu mieliśmy rozgrzewkę bardziej statyczną, ale też bardziej profesjonalną (podobno). Rozgrzewkę prowadził Jerzy Skarżyński – legenda biegowa. Że to legenda biegowa, dowiedziałam się na biegu, bo konferansjer powtórzył to tyle razy, że zdołałam zapamiętać. Aczkolwiek samego nazwiska nie zapamiętałam, przed chwilą dopytałam o nie Gdańskiego Biegacza. Gdyby nie on, mielibyście relację bez nazwiska. Tak, jestem ignorantką. Nie znam ludzi, których podobno znać się powinno. Teraz dopiero szperam po necie i widzę, że w sumie to zaszczyt mnie kopnął, że w takim treningu miałam okazję uczestniczyć!

No i w końcu, nastał czas ustawiania się na starcie. Początkowo nie bardzo wiedziałam co się dzieje. Rozglądałam się wokół i udało mi się odkryć, że numery startowe z Biegu na Piątkę mają czarny kolor. Więc poszłam tam, gdzie tego czarnego było najwięcej. Dopiero jak już niemal znalazłam „swoje miejsce”, to z mikrofonu rozległ się głos, mówiący, że piątka na lewo, półmaraton na prawo. Mieliśmy dwie, osobne bramki startowe. I bardzo dobrze, bo inaczej sobie tego nie wyobrażam. Po kilkuset metrach „wspólnych”, każdy dystans biegł w inną stronę. Było mnóstwo ludzi, nie miałam pojęcia gdzie jestem i gdzie jest koniec. Ciężko było mi się ulokować z odpowiedniej odległości. Szukałam oznaczeń – nie znalazłam. Za to znalazłam tabliczkę z informacją, że to bieg na 5 km. Czyli może informacje o prędkości też gdzieś były? Tego nie wiem. Jestem za niska by przebić się przez tłum na tyle, aby coś wypatrzyć. Żałowałam tylko, że nie było zajączków. Z zajączkiem biegłam raz w życiu i wtedy też uznałam, że to fajna sprawa. Niestety, poza Biegiem Kobiet, nie trafiłam jeszcze nigdzie na taką atrakcję.

30 sekund do startu. 10 sekund do startu. I po chwili od ogłoszonych dziesięciu sekund: start! Nie wiem jaka to była chwila, ale z pewnością nie dziesięć sekund. Odliczenie wyszło słabo. Ale w zasadzie nie miało to większego znaczenia, bo i tak trzeba było czekać, aż tłum się rozproszy i będzie można się przedrzeć. Tu macie filmik ze startu. Uprzedzam: jest długi. Ale dzięki temu możecie zrozumieć to o czym pisałam, że wydawało mi się, że ludzie się nie kończą.

Ruszyłam. Początek nie był łatwy. Koniec zresztą też. Jakkolwiek głupio to zabrzmi: na początku całą swoja uwagę skupiłam na tym, by się nie zesrać, a na końcu, by się nie porzygać. I w dużej mierze tak minęło mi te 5 km. Na szczęście żadna z tych rzeczy nie miała miejsca. Po pierwszych kilkuset metrach już było ok i po prostu biegłam. Biegłam, tradycyjnie myśląc o tym, że jestem głupia, bo mogłam jeszcze spać. No, ale jak już biegłam, to biegłam. I tak sobie biegnąc, uświadomiłam sobie jedną rzecz: „Hej, pierwszy raz jestem współodpowiedzialna za ten paraliż Trójmiasta!” Nigdy nie uczestniczyłam w tak wielkim wydarzeniu sportowym. Nigdy dla mnie nie zostało zamkniętych tak wiele ulic. Nigdy nie byłam przyczyną tego całego hejtu na biegaczy, którym to zachciało się lecieć środkiem drogi, przez co biedni mieszkańcy nie mogą pojechać do Galerii na zakupy. I jak tak sobie o tym pomyślałam, to uśmiechnęłam się sama do siebie, przyśpieszyłam i odbiłam jeszcze bardziej na środek jezdni. A obijająca się w mojej głowie myśl: „ha, nigdzie nie pojedziecie!” dodawała mi sił na resztę biegu. Tak, moja złośliwość jest bardzo fajną bronią, nic tak nie dodaje mi energii jak bycie zwyczajnym dupkiem.

To co bardzo mi się podobało, to zapis w regulaminie dotyczący psów. Nie, że mam coś przeciw psom, ale osoby, które mnie czasem czytają, doskonale wiedzą jakie mam zdanie odnośnie biegania z psami na zawodach. Tu czworonogi miały całkowity zakaz. Zapis w regulaminie sugerował też, by nie biegać z muzyką, ze względu na bezpieczeństwo. Wiadomo, masz słuchawki w uszach to nie wiesz co się dzieje wokół. Mało kto robi sobie coś z tych sugestii, mnóstwo ludzi słucha muzyki podczas biegu. I dopóki na mnie nie wpadają z tego powodu, ogarniają co się dzieje, to jest wszystko ok. I pod tym względem było ok. Gorzej tylko, gdy ktoś nie wie o istnieniu takiego urządzenia jak słuchawki. Rozumiem, że bez słuchawek jest niby bezpieczniej i regulaminowo, ale tu odzywa się tak zwane dobre wychowanie czy jakieś podstawy współżycia społecznego. Nie słucham muzyki podczas biegania. Nie przepadam za bieganiem z muzyką, rzadko mi się to zdarza. Ale gdy już to robię, to puszczam to, co chcę. Nie lubię być przymuszana przez innych do słuchania… ok, nawet nie wiem co to było. Ale pierdzący głośno telefon w żaden sposób nie wpisuje się w moje kryteria udanego biegu. I oczywiście nie mogłam zwrócić ludziom uwagi, bo na biegach nie mam siły zwracać ludziom uwagi. Wkurza mnie to, że sami są tak bezmyślni i nie potrafią się ogarnąć, ale wiem, że jak ja bym próbowała ich ogarniać, to nie starczyłoby mi sił na dotarcie do mety. Co zrobiłam? Zwolniłam. I to całkiem sporo. Muzyczna parka sobie odbiegła, a ja mogłam znów delektować się ciszą, albo raczej biegowym harmidrem.

biegna5

Na trasie zabrakło mi do szczęścia oznaczeń dystansu. Jak zwykle nie wiedziałam gdzie jestem i ile jeszcze przede mną. W pierwszej części wyczekiwałam nawrotki, to oznaczało niemal połowę trasy. Czekałam na nią z utęsknieniem. Mijałam innych biegaczy, na przeciwnym pasie, którzy już wracali. I biegłam, biegłam i czekałam i czekałam. Doczekałam się! W końcu był nawrót. No i okazało się, że nie jest tak różowo, jak się tego spodziewałam. W drodze powrotnej biegło się pod wiatr…

W drodze powrotnej zaobserwowałam jeszcze jedno ciekawe zjawisko. Ludzi, którzy dopiero startowali. Jeden facet nie biegł trasą oficjalną, tylko pod prąd na rondzie. Jakaś kobieta biegła nie ulicą, a chodnikiem. I nie mówię tu o osobach, które tak sobie wyskoczyły potruchtać. Mieli numery startowe. Wyglądało to, jakby się spóźnili. Albo w ostatniej chwili uznali, że może jednak spróbują, a początek trasy już został zamknięty? Nie mam pojęcia o co chodzi, ale było to bardzo dziwne. Zastanawiając się nad tym, leciałam dalej.

Zobaczyłam dmuchaną bramkę, nasz start. Ale wokół pusto i cicho, więc wywnioskowałam, że nie będzie to nasza meta. Do mety jeszcze kawałek, od tzw. dupy strony AmberExpo. Może ta końcówka nie była fajna, bo zawijała i skończył się asfalt, ale meta wynagradzała te wszystkie niedogodności. Piękny „dywan”, wielka bramka, mnóstwo kibiców. Głośno, pełno ludzi. Satysfakcja z przebiegnięcia o wiele większa niż przy zwykłym przekraczaniu mety. Poza tym, było to wewnątrz hali, było ciepło, sucho. Czego chcieć więcej?

No dobra, powiem czego chcieć więcej: wody. Po przekroczeniu mety otrzymałam medal. Piękny medal, ale o nim później. Wody nie było. Wyruszyłam zatem na poszukiwania. Wiem, że w necie była mapka z informacjami gdzie, co, jak. Ale nie miałam telefonu, ani też chęci sprawdzania tego. Zastosowałam najlepszy patent: pytałam ludzi. Pokierowali mnie do rejonu z wodą i drożdżówką. Dostałam kawałek drożdżówki oraz kubeczek wody. Kubeczek wody to mało, bardzo mało. Uznałam, że nie będę robić wiochy i nie będę tam stać i opróżniać kilku kubków pod rząd, tylko pójdę sobie do samochodu po swoją prywatną wodę. W międzyczasie zobaczyłam ludzi z zupami. „O, ciepła zupa, chcę ciepłą zupę!” – pomyślałam. Ponownie zaczęłam pytać i okazało się, że znajdę taki posiłek na drugim końcu hali. Absolutnie nie rozumiem dlaczego „wszystkie jedzonka” nie były razem. Trzeba było się naganiać, naszukać. Bardzo nie wygodna opcja. Za to zupa okazała się być bardzo dobra. Nie ma nic lepszego niż ciepły posiłek zaraz po biegu, szczególnie w listopadzie.

Choć w zasadzie ten listopad był mało listopadowy. Nie padało (no, może trochę na końcówce). Było ciepło i słonecznie. Nie trudno się domyślić, że byłam zawiedziona. Liczyłam na zimno, na deszcz. Niestety, nie było mi to dane. Ale dany był mi medal. Piękny medal. Wspaniały medal. Choć ta wspaniałość ma też pewien minus. Wiedziałam, że na miejscu będzie grawer, będzie można sobie wydziubać imię, nazwisko i czas na swoim kawałku blachy. Początkowo myślałam, że może to zrobię, a później stwierdziłam: „Eee… po co mi to? Znam lepsze zastosowanie dla 20 zł.” Ale gdy otrzymałam medal, MUSIAŁAM zmienić zdanie. Nie miał on tylko luki, miejsca na dopisek, ale już gotowy tekst: „NAME: TIME:” No i wiadomo, jak to wygląda? Paskudnie wygląda, takie puste, nie dorobione. Nie miałam wyjścia, poszłam do grawera. Fajna opcja, niezły sposób na szybki zarobek sobie ogarnęli. Nawet nakręciłam filmik jak mój medal się produkuje. Wygląda nieźle, aczkolwiek wierzę w to, że można by to zrobić lepiej, gdyby nie była to masówka i nie gonił by czas.

biegna5graw

Cele?

Nie zesrać się. Nie zesrałam!

Dobiec. Dobiegłam!

I teraz tak sobie myślę, że mogłam to zrobić szybciej. Już po raz kolejny tak sobie myślę. Problem polega na tym, że mi się nie chce. Biegnę sobie tak, by było mi wygodnie, by nie paść na koniec lub przed samą metą. No i tak sobie biegnę. Mogłabym przyśpieszyć wcześniej, robię to dopiero na sam koniec. Bo obawiam się, że jak wcześniej przyśpieszę, to już później nie zwolnię, tylko zwyczajnie się zatrzymam. No i spoko, może tak być, nie muszę biec szybko.

Ale tym razem problem pojawił się po biegu. Pamiętam swoje pierwsze zawody. Pamiętam, że jak przekraczałam linię mety to zdychałam. I miałam problem ze złapaniem równowagi. A później jak już się ogarnęłam i myślałam, że wszystko jest ok, to następował kolejny dzień i mnie bolały nogi. I gdy myślałam, że ten ból to już maksymalny jaki mnie spotka, to następował kolejny dzień i wtedy to już było apogeum, ledwo mogłam chodzić. I tak ledwo mogłam chodzić przez niemal tydzień. I to było fajne.

A teraz? Dobiegam. Biorę medal. Idę sobie. I wszystko jest ok. „Gdzie mój ból?!” – pytam się. Czy to czas, by zwiększyć dystans? Nieśmiało, niepewnie i trochę też pod wpływem namowy, zapisałam się na Santa Run Kartuzy, który odbędzie się 17 grudnia. 6,5 km, albo 7 km, bo organizator nie może się chyba zdecydować i w różnych źródłach są inne informacje. W każdym razie zobaczymy, spróbujemy, może się uda. Może pozawodowy ból w końcu do mnie wróci?

biegna5medal

Dobra, już, koniec dygresji. Wracamy do Biegu na piątkę AmberExpo. Osiągnęłam to, co chciałam osiągnąć. Zdobyłam piękny medal. No, bo nie ma co ukrywać, ładny medal to moja główna motywacja na tego typu imprezach. Nawet dla samego medalu, warto było!

Świetne jest też to, że na miejscu było tak wielu kibiców. Wystawiony na środku telebim, na którym można było obserwować poczynania półmaratończyków. Mnóstwo krzeseł obleganych przez tych, którzy obserwowali wyczyny biegaczy. Świetna atmosfera. I choć za imprezami masowymi nie przepadam, to na biegi patrzę trochę mniej krytycznie, trochę bardziej toleruję te tłumy. A tu choć wielki tłum, to znośny, przyjemny. Trochę poleżałam na leżaku, poobserwowałam to co się dzieje. A później stwierdziłam, że już za długo, już wystarczy. Burger sam się nie zje, piwo się samo nie wypije. Czas uciekać. I już mnie nie było.

Ale myślami jeszcze na chwilę tam zostałam. I teraz rozumiem tych, którzy po biegu na piątkę stwierdzają, że chcieliby przebiec półmaraton w Gdańsku. Przy takiej atmosferze i organizacji, też bym chciała. Ale to jeszcze nie mój czas. Może kiedyś. Póki co, z chęcią powrócę za rok na te pięć kilometrów. I jeśli Wy też będziecie mieć okazję tam pobiec, zróbcie to. Warto. Trzeba choć raz to przeżyć.

Dystans: 5 km
Numer startowy: 5201
Miejsce OPEN: 696
Miejsce Płeć: 405
Miejsce w kategorii wiekowej: 95
Czas: 00:34:35.00
Czas netto: 00:34:03

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *