Bez znieczulenia – Juliusz Wojciechowicz

Gdy dowiedziałam się, że do książkowego świata dołączy Bez znieczulenia, nie mogłam się doczekać kiedy to nastąpi. Okładka dodatkowo wzbudzała moją ciekawość i olbrzymie pożądanie względem tej publikacji. Zresztą z doświadczenia wiem, że to co wydaje wydawnictwo Gmork, to dobre książki, w zasadzie można zamawiać w ciemno. Wiem też jak pisze sam autor, co jak nie trudno się domyślić, sprawiło, że oczekiwanie dłużyło mi się jeszcze bardziej.

Juliusz Wojciechowicz jest znany dzięki krótkiej formie, która trafia to tu, to tam. Ilość antologii w których ukazuje się jego twórczość wciąż się zwiększa. Jednakże chyba najbardziej znany jest z książek, których był nie tylko współautorem, ale także pomysłodawcą. Mam na myśli Pokłosie oraz Hardboiled, które ukazały się w zeszłym roku, także dzięki wydawnictwu Gmork.

W końcu doczekałam się, Bez znieczulenia trafiło w moje ręce. Jak się okazało, okładka, która tak zachwycała mnie na zdjęciach, w rzeczywistości prezentuje się jeszcze lepiej. Przemysław Ryba wykonał tu świetną robotę i tą prostotą, tym minimalizmem przyciąga potencjalnych czytelników. Książka cieniutka, około 200 stron. Pierwsza myśl: „Idealna na jeden wieczór!” Usiadłam z nią na chwilę, chcąc tylko przewertować, ale uznałam, że przeczytam wstęp. Nie lubię wstępów, więc postanowiłam go „zaliczyć”, żeby później, gdy już będę mieć czas i na spokojnie zasiądę do lektury, mieć go za sobą.

Niestety, mój plan się nie powiódł, bowiem wstęp Marka Zychli miał odwrotny skutek. Zapowiedź tego, co nas czeka podczas lektury, napisana w żartobliwy i wręcz urzekający sposób, sprawiła, że zaczęłam żałować, że wstępy są takie krótkie. O ile początki wielu publikacji byłyby przyjemniejsze, bardziej zachęcające, gdyby to Zychla pisał do nich wstępy, serio. Po takim rozpoczęciu, jeszcze bardziej zapałałam chęcią zatopienia się w lekturę. Pierwsze opowiadanie miało tylko kilka stron, więc się skusiłam. Kolejne też było króciutkie, więc czytałam dalej. W zasadzie wszystkie teksty są krótkie, i mogłabym tak dolecieć do końca antologii, w myśl zasady: „jeszcze tylko jeden tekst.”, wmawiając sobie co chwilę, że: „to już ostatni, już ostatni” tak samo jak to bywa z kieliszkiem wódki na dobrej imprezie. Ale tak samo jak w przypadku imprez, tak i tu pojawiła mi się czerwona lampka. Wielki napis „stop” zaczął migać mi przed oczyma i brzęczeć: „Aga, zostaw. Szkoda tego na raz. Spokojnie. Małe dawki.” Przystopowałam. Z ciężkim sercem, odłożyłam książkę.

Myślę, że dobrze zrobiłam. Bez znieczulenia zawiera potężny ładunek emocjonalny. Potężną dawkę, która momentami może boleć. A jako, że ani autor, ani wydawnictwo nie dołącza żadnych środków znieczulających, to albo zapewnimy je sobie sami, albo odpowiednio będziemy dawkować porcje, by się nie wykończyć. Odpowiednio rozkładać czas przyjmowania poszczególnych tekstów, w takich proporcjach, by poziom tej masochistycznej przyjemności nie wzrósł za mocno. By nas nie wykończył, nie zniszczył ogromem realizmu i smutnej, chorej rzeczywistości.

bez znieczulenia

O ile w przypadku antologii kilku autorów wskazane jest powiedzieć co nieco o każdym tekście, tak w tym wypadku wydaje mi się, że byłoby to zbędne, ale i trudne. Powód jest prosty: lęk przed spoilerowaniem. Dostajemy tu ponad trzydzieści tekstów, które w sposób groteskowy ukazują życie. Autor wspaniale opisuje rzeczywistość, używając do tego licznych, barwnych porównań. Już podczas lektury poprzednich jego publikacji wspominałam o tym, ale powtórzę i tym razem. Wojciechowicz jest mistrzem porównań. Znaczy się polskim mistrzem porównań, bo w kwestii światowej na podium stoi Stephen King. I myślę, że zestawienie tych dwóch autorów w tej kwestii nie jest ujmą, dla żadnego z nich. Wojciechowicz rzuca porównanie za porównaniem, i gdy wydaje się, że już wyczerpał limit, że już niczym nas nie zaskoczy, otrzymujemy kolejne, równie błyskotliwe, a może nawet bardziej intrygujące niż poprzednie.

Na ogół wolę dłuższe teksty. Często zdarza się tak, że czytając jakieś opowiadanie, brakuje mi czegoś, czuję niedosyt. Nawet długie opowiadania, wydawały mi się za krótkie i zarzucałam autorom, że zmarnowali potencjał. Wojciechowicz wyleczył mnie z takiego myślenia. Treść choć krótka, zawiera całą tę esencję, wszystko co zawarte być powinno. Nawet w przypadku historii opisanej na trzech stronach, nie czułam niedosytu. Podczas lektury Bez znieczulenia ani razu nie zdarzyło mi się, żeby czegoś mi zabrakło, nie chciałam by było to kontynuowane. Jak widać, da się napisać satysfakcjonującego shorta. I nie musi on być tak masakrycznie skracany, jak w świetnym, ale i przerażającym opowiadaniu Bestseller.

Bez znieczulenia, choć po tytule wydawać się może antologią agresywną i ostrą niczym Hardboiled, posiada też nutkę empatii. Ogrom uczuć, niekiedy dziwnych wierzeń i poglądów a także czarnego humoru, wprowadza w najróżniejsze stany. Od histerycznego śmiechu, przeskakujemy do melancholii czy też rozmyślań nad własną, niekiedy wydawać by się mogło – bezsensowną – egzystencją.

Mamy tu całą gamę emocji. I choć są teksty lepsze i gorsze, to jednak każdy ma „to coś”, to jednak kilka głębiej wryło mi się w pamięć i zapewne zostanie tam na dłużej. Układ był dla mnie zaskoczeniem. Posiedzenie rozśmieszyło mnie, ale i wprawiło w zadumę i nawet współczucie dla jednego z bohaterów. Pożądanie poskutkowało współczuciem jeszcze większym, ale i refleksją odnośnie naszego świata, w którym seksualizacja osiąga gigantyczne rozmiary. Wulgarynka choć pozornie bawi, uwypukla także problemy naszego społeczeństwa a także nieudolność i bezmyślność urzędników.

Na końcu znajduje się posłowie. Według mnie rzecz wspaniała, która powinna znajdować się w każdej publikacji, a to, czy czytelnik zechce się z nią zapoznać czy nie, to już jego wybór. Wojciechowicz pokrótce opisuje nam genezę poszczególnych tekstów. O ile powstania niektórych mogliśmy się sami domyślać, tak inne mogą być nie małym zaskoczeniem. Zabieg ten, uświadamia nam, że autor to nie jakiś twór niczym w opowiadaniu Dziwny jest ten świat, tylko człowiek. Prawdziwy. Z krwi i kości. Ludzki. I ta ludzkość, to człowieczeństwo jest wielkim atutem Wojciechowicza.

Książka ta ma tylko jedną wadę. Za to tak ogromną, że dyskredytuje nią wszystkie wady świata. Nie ma wad. A może ma, ale ja nie byłam w stanie się ich doszukać. Korekta, redakcja, skład – wszystko jest w porządku. Zwyczajnie nie mam się do czego przyczepić. Macam książkę, przeglądam, wertuję, czytam fragmenty jeszcze raz… Nic. Zupełnie nic. Przyznam, że strasznie mnie to wkurza. Zawsze wynajduję coś, czego można się przyczepić. Tu nie znalazłam nic i tym faktem jestem potwornie zawiedziona.

W jednym z opowiadań antologii: Musimy bardzo poważnie porozmawiać, jego bohater mówi nam skąd czerpie pomysły na swoją prozę: „Wystarczy wnikliwa obserwacja i traktowanie rzeczywistości do bólu dosłownie. No, dobra, trochę wyobraźni i zjadliwego poczucia humoru też pomaga.” I myślę, że to jest kwintesencja tego wszystkiego. To właśnie jest idealna recepta, na idealną prozę. Wojciechowicz doskonale o tym wie, i od lat stosuje z powodzeniem.


Za książkę dziękuję wydawnictwu:
Wydawnictwo GMORK

Kupić możecie tutaj:

Bez znieczulenia (miękka oprawa)
Bez znieczulenia (ebook)

Jedna myśl nt. „Bez znieczulenia – Juliusz Wojciechowicz

  1. Pingback: Trzeci kwartał 2016 – Podsumowanie | agapilecka.pl | Blog | Agnieszka Pilecka

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *