Przeczywistość – Marek Zychla

Długo, oj długo trwało to moje czytanie Przeczywistości. W zasadzie to nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle czasu męczyłam jakiś zbiór opowiadań. Oczywiście mówię o zbiorze do recenzji, bo tak po prostu czytane, to zdarza mi się katować wyrywkowo już od kilku, kilkunastu lat. Jeśli natomiast chodzi o publikację recenzencką, to chyba nigdy nie zajęło mi to tyle czasu.

Początkowo myślałam, że problem tkwił w niesprzyjających okolicznościach. Choroba, święta, nowy rok, nowa praca (a nawet kilka). Myślałam, że wszystko to się tak nałożyło i utrudniało rozsmakowanie się w lekturze. Byłam niemal pewna, że to mała ilość czasu i wielka ilość obowiązków spowodowała tak ogromne opóźnienie. Byłam w szoku, gdy w końcu uzmysłowiłam sobie, że nie czas ponosi tutaj winę.

Symbioza – pierwsze opowiadanie. Klimatycznie jakieś postapo. Do teraz wydawało mi się, że lubię tego typu treści. Może nie koniecznie jakoś super za nimi przepadam, ale toleruję, czasem mam chęć poczytać i to robię. Początkowo wydawało mi się, że widocznie to nie jest ten moment, że teraz nie mam na to chęci. Ale gdy minęło kilka tygodni (dosłownie), a ja w dalszym ciągu tkwiłam w tym jednym tekście, w dodatku nie wiedząc o co chodzi, w końcu zaczęło do mnie docierać, że ja chyba jednak nie lubię takich treści. Męczyłam się potwornie. Z wielkim zapałem zasiadałam do książki, zaczynałam czytać. Nie minęło pół strony, odkładałam lekturę na później, zasypiałam lub zajmowałam się czym innym. Jednakże za jakiś czas znów wracałam, podejmowałam kolejną próbę, chciałam stoczyć kolejną walkę, przeczytać, doczytać i iść dalej. Trwało to i trwało. Do czasu aż nastał wspaniały dzień. „Aga, po cholerę to czytasz?!” – zapytałam sama siebie. Próbowałam jakoś racjonalnie to wytłumaczyć. Że to część książki jest, że zrecenzować trzeba, że no jak to tak? No, ale właśnie tak to tak, że uczciwie Wam mówię: nie przeczytałam pierwszego opowiadania. Możliwe, że kiedyś do niego wrócę. Nie wykluczone, że gdy nastanie dobry moment, przeczytam je i może nawet się zachwycę. W tym momencie, niestety, przeskoczyłam ów nieszczęsny tekst i przeszłam do kolejnego. Powiem Wam, że moment podjęcia decyzji o zlekceważeniu pierwszego opowiadania był dla mnie wspaniały, przełomowy. Poczułam wolność, spokój i chęć pogrążenia się w lekturze. Od tego czasu czytanie szło mi o wiele sprawniej.

Zresztą jak mogłoby nie iść sprawnie, skoro wypełzło spod palców Marka Zychli. Z pewnością znacie jego dokonania. Jeśli nie z wydawnictwa Gmork, w którym upchnął już kilka swoich opowiadań, to chociażby z Magazynu Histeria. Dotychczasowe teksty Marka z którymi miałam styczność, bardzo przypadły mi do gustu. Zatem gdy dowiedziałam się, że wyda zbiór, wiedziałam, że za niego chwycę. I chwyciłam.

Osiem opowiadań. Różnych, różnistych. Różnorodność nie tylko fabularna, gatunkowa, ale też „długościowa”. Taki jest właśnie urok zbiorków. Mamy wspomniane już postapo, mamy pierwowzór opowiadania do charytatywnej, zwierzaczkowej antologii (ale coś poszło nie tak, zrobił się mały horrorek i nie mogło już tam trafić). Mamy tekst o handlowaniu czasem i opowiadanie „Czarna Kawka”, które było publikowane w Histerii. Na nudę nie ma co narzekać.

zychla

Piękna okładka z ptaszyną – kawką z ostatniego tekstu. Irlandzkie barwy, bo to właśnie w Irlandii mieszka autor i umiejscawia w niej część opowiadań. Wydawnictwo Gmork słynie z pięknych wydań, przyciągających okładek, ale ta chyba przebiła wszystko (albo mi się tak wydaje, bo jest najnowsza). Lektura niezbyt gruba, poniżej 300 stron, w dodatku wewnątrz znajduje się kilka rysunków. Patrząc na to, można by pomyśleć: „Eee, przeczytam w jeden wieczór!” Przyznam szczerze, że też tak pomyślałam. Ale nie dało się.

Nie dało się, nie tylko z powodów, które wymieniłam na początku. Nie dało się także z powodu samej treści. Albo raczej sposobu przekazywania jej. Tekst jest najzwyczajniej: ciężki. To nie jest delikatna, lekka, sielankowa opowiastka. To opowiadania, które dają do myślenia. I choć pozornie może wydawać się, że są o niczym, każą nam myśleć, zastanawiać się, szukać drugiego, trzeciego, dziesiątego dna. Ten cholerny kawał makulatury zmusza nas do myślenia. A myślenie, jak wiadomo, jest ciężkie.

Ciężkie bywa też skupienie się na tekście, który nie jest podany wprost. Nie jest spłaszczony, uproszczony, zaserwowany w najłatwiejszej postaci, jak to nieraz bywa. Zychla ma specyficzny styl pisania. O nie powie zwyczajnie, że stół jest czarny. Bo stół nie jest tak zwyczajnie czarny. U niego nic nie jest zwyczajne. Stół może być na przykład w kolorze czyjejś mrocznej duszy albo mieć barwę za długo przetrzymanej nad ogniskiem kiełbasy. Ok, teraz wymyślam już bzdury, ale faktem jest, że autor rzadko kiedy mówi wprost i dosadnie. Ma specyficzny sposób narracji, taki udziwniony, poetycki, po raz kolejny: zmuszający do myślenia. Czyta się to niesamowicie dobrze. Osobiście czerpałam wielką frajdę chłonąc powolutku słowo po słowie. Moja wyobraźnia została podkręcona na najwyższe obroty. Czytałam, czytałam i jak nie trudno się zorientować, nie szło mi to ekspresowo. Takie opowieści, gawędziarstwo, elementy absurdu sprawiają, że lektura płynie przyjemnie, lecz w dość ślimaczym tempie. Musimy chłonąc słowo po słowie, nie rozpędzając się zbytnio, by niczego nie przeoczyć.

Absurd goni absurd. Niemniej nie są to opowiadania całkowicie odrealnione. Większość jest osadzona w znanym przez nas świecie, dzięki czemu są realistyczne, przynajmniej do pewnego momentu. Ale dzięki temu, łatwiej nam, się odnaleźć, utożsamić z bohaterami, czuć to co oni. Zaobserwowałam, że teksty posiadające więcej znanej mi rzeczywistości, pochłaniały mnie bardziej, jak chociażby stare blokowisko. Takie treści ciekawią, są fascynujące. Jest tylko jedna rzecz, która mogła urzec mnie jeszcze bardziej. A jest nią: humor.

Kto słuchał jakieś wystąpienie Marka, jakąś prelekcję, panel dyskusyjny, ten wie, że ma on świetne poczucie humoru. I jak mało kto, potrafi je przelać do lektury. Nie jest oczywiście tak, że czytamy i płaczemy ze śmiechu. Płakać możemy, owszem, jednakże nie zawsze z powodu żartów. Czarny humor, czasem jakaś gra słów, niekiedy zabawne dialogi. To wszystko sprawia, że Przeczywistość nie jest nudna, płaska, tylko wciąga i każe nam się czytać.

A jeśli mamy wrażenie, że za mało jest autora w jego opowiadaniach, mamy też mini wstępiki, zapowiedzi tekstów. Mamy też coś „na zakończenie” danego tekstu. Niestety, będąc w środku, mamy zakończenie jednego i od razu zapowiedź kolejnego. Trochę się to miesza, splata i jakoś nie do końca przekonuje mnie taka forma. Sam pomysł jest fajny, ma się wrażenie, że autor jest cały czas obok. Że prowadzi nas za rączkę, opowiadając różne historyjki, jedna za drugą. Dba o nas, opiekuje się nami, prowadzi nas powolutku od tekstu do tekstu, tłumacząc ewentualne niejasności. Tak jak mówię, pomysł świetny, ale wykonanie troszeczkę bym zmieniła.

Na koniec chciałam powiedzieć coś w stylu: „dla mnie najlepszym tekstem był…”, ale nie mogę. Ciężko mi wyłonić jeden, ten najlepszy. Cały czas ten pogląd mi się zmienia. Myślę, że z czasem będzie mi się zmieniał jeszcze bardziej. Im więcej będę myśleć, tym więcej będę dostrzegać w tych opowiadaniach. Zapewne do czasu. Aż wspomnienia o nich zblakną na tyle, że zapomnę co tam było. No, chyba, że było tam coś tak rewelacyjnego, że pamiętać będę na zawsze, a i tego nie wykluczam. Za to mogę powiedzieć, który tekst podobał mi się najmniej. Chociaż nie, tego nie mogę uczynić, bo pierwszej historii nie przeczytałam. Ale wierzę w to, że jeszcze kiedyś do niej powrócę. Kto wie, może nawet okaże się lepsza niż pozostałe? Może zwyczajnie potrzebuję odpowiedniego czasu by przez nią przebrnąć?

Jeśli znacie prozę Marka Zychli, z pewnością już wiecie, że warto sięgnąć po Przeczywistość. Z kolei jeśli nie mieliście jeszcze styczności z twórczością tego autora, jako rekomendacja wystarczy jedna rzecz. Nie, nie okładka, choć ta jest wspaniała. Nie, nie to, że ja ją polecam, choć wiadomo, że polecać będę. Dla mnie wystarczającą rekomendacją jest to, że książkę wydało Wydawnictwo Gmork. Według mnie, to jest najlepszy wskaźnik jakości. Najdokładniejszy, najłatwiejszy w obsłudze i jak dotąd – niezawodny. Przynajmniej w moim przypadku się sprawdza. Jeśli coś wyszło od Gmorków, wiadomo, że jest dobre. Zychla wyszedł od Gmorków. Bardzo dobrze wyszedł, dlatego śmiało, możecie po niego sięgać.


Za książkę dziękuję wydawnictwu:
Wydawnictwo GMORK

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *