Pod Kopułą – Stephen King

Kopuła w końcu przeczytana. Nawet recenzja napisana, ale musicie sobie na nią poczekać, bo pofrunęła na konkurs.

Edit:

Wygrała! Na Carpe Noctem siedzi.
Ale do mnie też wróciła. Proszę bardzo:

Powieść „Pod Kopułą” zaczyna się w sposób niesamowicie intrygujący i wciągający. Niespodziewanie przepołowiony świstak poszukujący pożywienia i ucząca się latać kobieta, która wyjątkowo szybko ginie, sprawiają, że już od pierwszych stron, czy nawet zdań, jesteśmy w pełni zaangażowani i ciekawi co wydarzy się dalej. Pomimo niemal tysiąca stron, King tworzy historię i buduje napięcie w taki sposób, że do samego końca brniemy wraz z nim, delektując się lekturą na wysokim poziomie. Przez cały czas, nieustannie, równomiernie, nie spadając ani trochę.

Powieść jest interesująca dzięki licznym postaciom. Jako, że do czynienia mamy z całym miastem, które utknęło pod kloszem, jest tam dużo ludzi. A każdy jak wiadomo, jest inny. Mnogość osób ich upodobań, charakterów tworzy lekki chaos, ale i sprawia, że nie jest nudno. Jednak wydaje mi się, że imion na świecie jest zdecydowanie więcej niż postaci występujących w książce. Na prawdę, nie było konieczności nazywania dwóch postaci Joe, dwóch Dale, po jednym by wystarczyło. Ponadto pracownice szpitala to Giny i Gina, co niejednokrotnie wprowadzało zamęt i myliło mnie, szczególnie gdy imiona te były odmieniane. Ogólnie moja pamięć do imion nie jest najlepsza i nawet w życiu codziennym potrafię się zaplątać, znając kogoś od lat. Zatem ta sytuacja przysporzyła mi nie małe problemy. Na szczęście ratowała mnie rozpiska znajdująca się na początku książki. Tam podane były imiona i krótka informacja dotycząca danego bohatera. Dzięki temu nie zagubiłam się w fabule i umiałam odróżnić ludzi. Ale jeśli już przy imionach jesteśmy, to niesamowicie denerwowało mnie to, które otrzymał główny bohater: Barbara. Może nie było by w tym nic irytującego, gdyby nie fakt, że zupełnie nie pasowało mi ono do mężczyzny. Tym bardziej do żołnierza. Zwłaszcza, że mówili na niego Barbie. Okropnie gryzł mi się jego wizerunek z ksywą jaką obdarował go King.

W książce jest sporo technicznych i medycznych określeń. Już nawet na zakończenie autor dziękuje swojemu znajomemu, który mu z nimi pomógł. Nie mogę powiedzieć, że gdzieś popełniono błąd, bo po prostu nie znam się na tym, więc zakładam, że to o czym pisał, jest prawdą, w większym lub mniejszym stopniu. Niestety jeśli chodzi o jakieś podstawy związane z komputerami, to przez niektóre fragmenty ciężko mi było przebrnąć. Uczynienie trzynastolatka „geniuszem” komputerowym i wciskanie mu w usta słów, określeń, a w ręce zadań, które nie specjalnie były skomplikowane, ale mówienie o nich brzmiało jakoś dziwnie, banalnie. Miało się wrażenie, że Król horroru nie specjalnie ma pojęcie o czym mówi. Szczególnie gdy próbował używać slangu młodzieżowego. Brzmiało to dla mnie co najmniej absurdalnie, sztucznie, żeby nie powiedzieć: żałośnie. Te elementy jak dla mnie można było pominąć, bo psują cały wizerunek książki w moich oczach.

Powieść uświadamia nam, to co już z pewnością wiemy. Uzmysławia nam, jak okrutni potrafią być inni ludzie. Jak są bezwzględni wobec innych. Ci, którzy dawniej byli katami, za moment mogą stać się ofiarami. Przejście z jednej strony na drugą, jest proste i może nastąpić szybciej, niż nam się wydaje. A kat bywa okrutny, bezwzględny i nie zawsze łatwo jest go powstrzymać. Nie zawsze w ogóle istnieje szansa, aby go powstrzymać. Ponadto część ludzi, myśli wyłącznie o sobie. Jest w stanie poświęcić wszystko i wszystkich, byleby tylko zyskać to, czego pragnie. Rodzina, przyjaciele, zdrowie wszystko przestaje się liczyć. Ważne jest tylko to, czego my chcemy. Nasze życie nie jest na równi z życiem innych osób. Nikt inny nas nie obchodzi. Zrobimy to, czego my chcemy w danym momencie, bez odwracania się, bez myślenia o tym, jakie będą wiązać się z tym konsekwencje, jakie szkody wyrządzimy, choć mamy świadomość tego, że większość z nich będzie nie odwracalna i nie możliwa do naprawienia.

Świetne jest to, że od samego początku, nie wiadomo o co chodzi. Pojawia się jakaś tajemnicza kopuła, ale nikt nie ma pojęcia skąd się wzięła. Nie dostajemy dodatkowych informacji. Wiemy tyle, ile wiedzą bohaterowie. Wraz z nimi obywamy ową podróż, która ma prowadzić do rozwiązania zagadki. Wraz z nimi kroczymy, próbując odszukać odpowiedź na dręczące nas pytanie. Razem przemieszczamy się i działamy, aby odnaleźć odpowiedź i wyjście z zaistniałej sytuacji. Wspólnie jedziemy na tym samym wózku. Nie jesteśmy przed nimi. Nikt z nas nie wie co się wydarzy, ani co dokładnie się wydarzyło. Nikt, poza autorem, ale on nie chce nam tego zdradzić. Dlatego też, aby dowiedzieć się co się stało, musimy przebrnąć przez te kilkaset stron, co trochę trwa. Dobrze ponad 900 stron, wydaje się być dużo. I może by było, gdyby kto inny je napisał. Może by było, gdyby fabuła nie była tak wciągająca a postacie barwne. Może by było, gdyby to nie było „Pod Kopułą”. A w tym przypadku, nie ciągnie się to ani trochę. Czyta się lekko, płynnie. Chłonie się stronę po stronie i z każdą kolejną, przeczytaną, pragnie się więcej. A gdy już się skończy, robi się smutno. Popada się w ten okropny, melancholijny nastrój i nie wiadomo co ze sobą zrobić. Dlaczego? Bo już się skończyło…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *