The Powerpuff Girls Classics: Atomówki – Tom 1

Gdy byłam mała, pamiętam jak oglądałam Cartoon Network. Na początku jeszcze ten po angielsku, bo innego nie było. Później niestety pojawiła się wersja polska, z której oczywiście rozumiałam więcej, ale mimo wszystko, nie był to oryginał, który można powiedzieć: uczył mnie języka w najmłodszych latach mojego życia. Wtedy też oglądałam Atomówki. Najpierw Powerpuff Girls, następnie Atomówki. Pamiętam, że zarówno w polskiej jak i angielskiej wersji językowej, była to jedna z moich ulubionych produkcji tamtych czasów.

Dlatego też, gdy tylko dowiedziałam się, że Studio JG wypuszcza na rynek komiks o przygodach tych niesamowitych dziewczynek, wiedziałam, że to pozycja dla mnie. Z wielkim sentymentem powróciłam do miasta Townsville, które tym razem znalazło się na kartkach papieru.

Jednakże przelanie przygód superbohaterek na karty komiksu, ani trochę nie odebrało przyjemności przeżywania tych historii. Dialogi i narracja są skonstruowane w taki sposób, jak w animacji, dzięki czemu tak samo się je „słyszy”. Tak, dokładnie: „słyszy”. Czytając komiks, w mojej głowie rozbrzmiewały konkretne głosy postaci, wyrazisty i jakże istotny dla tej serii głos narratora. Czytałam, słyszałam, a do tego widziałam piękne obrazy.

Już wcześniej zdążyłam się przekonać, jakie to wydawnictwo ma standardy, jeśli chodzi o wizualną stronę publikacji. Za sprawą Adventure Time, zobaczyłam jak wyglądają twory powstające na licencji Cartoon Network. Jak już kiedyś wspominałam: wyglądają świetnie. Atomówki dołączyły do grona pięknych komiksów. Są wydane w takim samym formacie. W zasadzie, jakby postawić je koło serii Adventure Time, to tylko po tytule jesteśmy w stanie rozpoznać, że to co innego.

Wygodny format, ciężki, śliski papier, żywa kolorystyka, ale Studio JG dodało jeszcze jeden składnik: dużo humoru! I tak narodziły się Atomówki. Komiks zawierający w sobie sześć opowieści, o walce ze złem i występkiem! Mamy tu dziecinną Bajkę, agresywną Brawurkę oraz rozważną Bójkę. Jest głupkowaty burmistrz, seksowna Panna Sara Bela, mądry Profesor. Nie możemy oczywiście zapominać o czarnych charakterach, dzięki którym mamy całą tę akcję, bo to oni ją rozpoczynają. Wielki małpiszon Mojo Jojo i złowieszczy ON zawsze coś knują. Osobowości postaci, zostały dobrze oddane. Nawet ktoś, kto nie oglądał kreskówki, bez problemu zorientuje się, jakie cechy posiada dany bohater.

atomowki

Komiks otwiera „Prosto w ciacho”. Już tutaj widzimy, że twórcy nie od razu podają nam stronę tytułową. Najpierw mamy wstęp, wprowadzenie do historii, dopiero następnie pojawia się grafika z tytułem oraz nazwiskami twórców. Tekst przetłumaczony jest bardzo dobrze, wszystko jest zrozumiałe. A i humor, choć nie umiejscowiony w Polsce, to możliwy do przyswojenia, dzięki wplecionym żartom, odpowiadającym naszym realiom. Natomiast rzeczy, których moglibyśmy nie zrozumieć, wytłumaczone są w przypisach, jak chociażby reklama ciastek, która się tu pojawia.

Komiks charakteryzuje się tym, że jest bardzo dynamiczny. Obraz jest żywy, bardzo intensywny i wyrazisty. Lubię taką konkretną kolorystykę. Choć w tym przypadku nie obyło się bez błędów. W „Na czarno i na niebiesko” w jednym kadrze Brawurka nie ma nałożonego koloru na twarzy. Podejrzewałam, że to może być specjalnie, ale nie wydaje mi się, to chyba przeoczenie. Niedopatrzenie, które nie ma w zasadzie dużego znaczenia. A jeśli komuś to bardzo przeszkadza, to w tej opowieści, strona tytułowa nadrabia za wszystkie niedociągnięcia. Oryginalny pomysł, adekwatny do opowiadanej historii i do tego świetnie narysowany. Dodatkowo informacja o tym, że bohaterki oglądały „Krowę i Kurczaka”, jeszcze bardziej przeniosła mnie do wspaniałych czasów dzieciństwa. Ten komiks obudził we mnie wielkie skupisko sentymentu. Pozwolił mi się cofnąć w czasie chyba najbardziej ze wszystkich znajdujących się w tym zbiorku, co oczywiście działa na jego korzyść.

„Naprzód Wiewióreczko!” to historia najlepiej ukazująca cechy charakteru Atomówek. Tu dobitnie widzimy, jakie mają priorytety, czym się kierują podczas swych działań i podejmowania decyzji odnośnie walki ze złem. Zabawny, a jednocześnie pouczający i dojrzały, dzięki mądrym słowom i radom Profesora. Niestety, nie jest dopracowany. Zawiera trochę błędów i braków kolorystycznych. Ma się wrażenie, że był kończony na szybko, i kilka rzeczy umknęło przez ten pośpiech.

„Gdzie się podziała miłość?” to komiks z genialną fabułą. Mnóstwo miłości, ale wbrew pozorom nie jest to przesłodzona historyjka. Śmierć miłości, ratowanie jej, aspołeczne zachowania Brawurki, dobre serce Bajki i świetne pomysły Bójki – znajdziemy tutaj wszystko. Fabularnie to chyba mój faworyt, jeśli chodzi o tę publikację.

„Igrając z mocą” jest chyba najsłabszym komiksem. Bardzo możliwe, że tak to odczuwam, bo jest tuż za komiksem najlepszym. Kontrast jest spory. Nie znaczy to jednak, że jest zły. Powiem więcej: nie ma możliwości, by w takim zbiorku znalazł się komiks zły. Dlaczego? Powód jest prosty. Nawet jeśli coś fabularnie leży, to grafika nadrabia. Nawet jeśli mielibyśmy rozrzucone, nie związane ze sobą obrazy i tak byłoby dobrze, bo obrazki są piękne i dopracowane (poza kilkoma szczegółami, o których wspominałam).

No i dalej muszę przyznać, że mam problem, bo wydaje się, że komiks ma dwa tytuły. Patrząc na to logicznie, mamy do czynienia z tworem pt. „Potworna Gra”, bo przy nim wypisane są nazwiska twórców. Jednakże kilka stron wcześniej, znajduje się wielka strona, jakby tytułowa, albo jakiś plakat mówiący: „Większe niż zwykle!” Może to nazwa tej potwornej gry? A może przez pomyłkę zostały podane dwa tytuły? Szczerze mówiąc, nie wiem nawet czy to zabieg celowy czy przypadkowy. Nie mniej nie ma to dużego znaczenia, za to jakby się doszukiwać głębszego sensu, to historia jest świetną metaforą ukazującą zagrożenia wynikające z uzależnień behawioralnych, zatem bardzo mi się podoba.

Oczywiście na koniec każdej historii, tradycyjnie zło i występek musiały ustąpić przed… przed czymś. Raz są to Atomówki. Innym razem Powerpuff Girls. Jest to pewna niekonsekwencja i brak zdecydowania, którym językiem się posłużyć.

Aczkolwiek jakimkolwiek językiem nie posługiwaliby się twórcy, to wykonali kawał niezłej roboty. Mam tu na myśli nie tylko osoby tworzące scenariusz i rysunki, ale i naszych rodzimych tłumaczy, redaktorów czy osoby odpowiedzialne za korektę i złożenie wszystkiego do kupy. Myślę, że nie będzie nadużyciem, jeśli powiem, że Studio JG można uznać za wyznacznik standardów jakości, jeśli chodzi o komiksy.

Przeniesiona w czasie, zauroczona bohaterami z dzieciństwa, rozbawiona i szczęśliwa. Taka byłam podczas lektury. Taka byłam też po lekturze. Taka jestem nawet teraz, pisząc tę recenzję. Mam nadzieję, że ten poziom zostanie utrzymany. A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak wyczekiwać kolejnych tomów, które pozwolą mi znów stać się dzieckiem.


Za komiks dziękuję wydawnictwu:
studio jg

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *