Rick and Morty – Tom 2 – Gorman, Cannon, Hill, Ellerby

Rick and Morty zyskał swoją popularność dzięki serialowi animowanemu, który był emitowany na Adult Swim (nocny blok na programie Cartoon Network, przeznaczony tylko dla dorosłych). Zatem nie, nie jest to program dla dzieci. Komiks też nie jest dla dzieci, o czym informację możemy przeczytać na jego okładce.

Jeśli chodzi o polskie wydanie, to swoją przygodę zaczęłam dość nietypowo, bo od drugiego tomu. Jednakże fabularnie nie ma to raczej znaczenia. Dlaczego raczej? A no dlatego, że oglądając serial, też pozornie wydaje się, że odcinki nie są ze sobą powiązane, można je oglądać w dowolnej kolejności. Jednakże po czasie, okazuje się, że jednak kolejność ma tutaj sens, są motywy, które już się pojawiały i warto je znać. Jak jest w komiksie? Na tym etapie nie mogę tego stwierdzić, gdyż ukazały się dopiero dwa tomy. Póki co kolejność zdaje się być bez znaczenia, ale za jakiś czas, może się okazać, że się myliłam, dlatego też nie daję Wam gwarancji, że tak jest. I mimo wszystko, zachęcam do czytania od jedynki, standardowo, jak człowiek, po kolei. A jeśli ktoś nie oglądał, to najlepiej zacząć od serialu, gdyż komiks podnosi, kontynuuje niektóre rozpoczęte tam wątki. Da się bez tego, ale wiadomo, tak jest większy fun.

No ok, wiecie od czego zaczynać, ale czy w ogóle zaczynać? Czy warto łapać za komiks jeśli oglądało się serial? Odpowiedź brzmi: tak. A czy warto czytać go, jeśli serialu się nie oglądało? Również: tak. Jak się okazuje, Rick i Morty to nie tylko dobra animacja, ale także fajna opowiastka graficzna. Wydaje mi się, że najczęściej ludzie rezygnują z czytania czegoś co już oglądali (i na odwrót), bo obawiają się, że treści będą powielone i szkoda im na to czasu. Tutaj nie trzeba się tego obawiać. Nie jest tu tak jak w przypadku mangi Sherlock, gdzie na karty komiksu mamy przełożone to, co widzieliśmy na ekranie. Tu mamy zupełnie nowe wątki, nowe opowieści, nowe historie. A to może oznaczać tylko jedno: jeszcze więcej wyśmienitej zabawy.

Za polskie wydanie komiksu odpowiada Egmont. To co „wyprodukowali” prezentuje się bardzo dobrze. Format, papier, układ – wszystko to przywodzi na myśl komiksy, o których już pisałam, takie jak: Adventure Time, Powerpuff Girls czy też Samurai Sam od wydawnictwa Studio JG. Aczkolwiek jest od nich troszeczkę niższy, podobnie jak od swojego oryginalnego, anglojęzycznego odpowiednika. Mimo to, pięknie razem prezentują się na półce. Biały grzbiet R&M przyciąga wzrok i zachęca do lektury.

rick&morty2

Gdy już skończymy zachwycać się tym, jak to pięknie wygląda na półce, nadejdzie czas na wzięcie go w ręce, dokładne obwąchanie, a następnie lekturę. Mamy pięć rozdziałów + ostatni nazwany „dodatkowe historyjki”. Trzy pierwsze tworzą jedną opowieść. W zasadzie powód dla jakiego została przedzielona to chyba tylko i wyłącznie zwiększenie napięcia, gdyż te przerwy pojawiają się w momentach kulminacyjnych. Całość rozpisana jest sprawnie, akcja jest dynamiczna i nie ma chwil w których się siedzi, czyta i irytuje, że nic się nie dzieje. Oj dzieje się, cały czas się dzieje. Jest sporo akcji a w dodatku wciąga fabularnie, więc nim się zorientujemy co czytamy, to lektura jest już za nami. Zdecydowanie za szybko.

Rozdział czwarty nosi tytuł: Łechtacze kul. Jest to jedna z tych treści, podczas których cały czas zastanawiasz się o co chodzi. Czytasz a w głowie wiruje wielkie „WTF?!” Moje „WTF” urosło do takich rozmiarów, że nie wystarczająco skupiałam się na treści, czytałam szybko, bo jak najszybciej chciałam poznać odpowiedź, dowiedzieć się o co chodzi. Przez ten pośpiech, przez tą chęć zaspokojenia ciekawości, nie czerpałam zbyt dużej satysfakcji z tej opowiastki. Jestem nią zawiedziona, aczkolwiek myślę też, że bardziej jestem zawiedziona sobą i swoją postawą podczas lektury. Już na tym etapie wiem, że niebawem powrócę do tej historii, by czerpać z niej radość jak z całej reszty tego zeszytu.

Wyjątkowy Blumbus zaprezentowany w piątym rozdziale, to taki odpowiednik naszego Bożego Narodzenia, tylko odbywa się on w innym wymiarze. No ok, nie tylko, różnic jest o wiele więcej, ale nie będę Wam ich zdradzać. Niemniej ten świąteczny okres był idealnym terminem na przeczytanie tej historyjki. Kocham święta, uwielbiam ten świąteczny klimat, ubóstwiam Ricka i Morty’ego, zatem to połączenie, w tym czasie było dla mnie strzałem w dziesiątkę!

Na końcu mamy wspomniane już „dodatkowe historyjki”, czyli kilka bardzo króciutkich, takich dosłownie „strzępków” ze świata R&M. Takie krótkie, szybkie strzały. Czyli coś, co bardzo lubię i nienawidzę jednocześnie. Fajne jest to, że nie trzeba zbytnio myśleć, wkręcać się w fabułę, bo treść jest podawana szybko, dość powierzchownie, ale wystarczająco by zaintrygować. Można przeczytać to szybko, gdy mamy niewiele czasu, śpieszymy się, mamy dosłownie minutę przerwy itd. Z kolei nie lubię takich opowieści, bo czasem są to naprawdę fajne pomysły i płaczę nad nimi, bo wiem, że mają potencjał, a nigdy już nie zostaną rozwinięte. Zatem podchodzę do nich dość ambiwalentnie, aczkolwiek wydaje mi się, że jednak z przewagą dla uwielbiania ich. Tak, poproszę więcej króciutkich historyjek!

Rick and Morty tom drugi, to bardzo dobrze wykonany komiks. O pięknej, żywej, dynamicznej grafice już wspomniałam. Mówiłam też o wspaniałym wydaniu, dopowiem o dobrym jakościowo papierze. Opowiadałam Wam o ciekawej, wciągającej fabule. A to o czym jeszcze nie mówiłam, wydaje mi się być najważniejsze. Mam na myśli: tłumaczenie. Pomimo iż całość jest w języku polskim, da się to czytać. I nie tylko da się czytać, ale nawet czyta się przyjemnie, śmieszy. I choć nigdy w życiu nie miałam do czynienia z polskim Rickiem, to czytając, słyszę jego głos, słyszę beknięcia, słyszę zająknięcia a do tego mam to w ojczystym języku. Nie powiem, że to lepiej niż gdyby było po angielsku, bo wiadomo, że jednak po angielsku wszystko brzmi o niebo lepiej. Ale tutaj jest to nie tylko akceptowalne, ale też wywołujące uśmiech, sprawiające radość i dające niesamowitą satysfakcję. Według mnie wydawnictwo Egmont dobrało tu świetną ekipę, wykonało zabójczo dobrą pracę. Na tyle dobrą, że śmiało mogę wykrzyknąć: Kupujcie i czytajcie! Koniecznie!

Za komiks dziękuję wydawnictwu:
egmontlogo

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *