Nocne błądzenie w labiryncie – Swarzewo – 25.08.2018

Siedziałam sobie w domu, miałam zająć się czymś pożytecznym, a zamiast tego leniwie scrollowałam fejsa. No i nagle wyświetliło mi się wydarzenie: „Nocne błądzenie w labiryncie”. Wydarzenie intrygujące. Nie myśląc długo, kliknęłam w odnośnik.

Rozwinęłam opis i dowiedziałam się o co chodzi. A generalnie chodziło o to, że jest sobie labirynt w polu kukurydzy przez który się przechodzi. Sprawa fajna, ale była mi już znana, bo w zeszłym roku miałam przyjemność łazić w czymś takim w Blizinach. Dostaje się mapkę labiryntu, wchodzi się w to wielkie pole i próbuje się z niego wydostać. Całkiem spoko, nie? Ale tutaj poszli po krok do przodu. I to o krok w tę dobrą, zachęcającą i mroczną stronę. Przejście odbywa się po ciemku. W dodatku będąc w labiryncie, mamy dość specyficzne towarzystwo.

Nocne błądzenie w labiryncie to takie połączenie zwykłej wędrówki w kukurydzy z domem strachu. Wewnątrz, na trasie znajdują się ucharakteryzowani ludzie, których zadaniem jest dostarczenie emocji uczestnikom. Strach, zaskoczenie, rozbawienie. To wszystko serwują nam ludzie ukryci w polu. Uważam, że pomysł na taki rodzaj rozrywki jest genialny. Powiem więcej: dziwię się, że nikt wcześniej na to nie wpadł!

Gdy zapoznałam się z informacjami odnośnie tego wydarzenia, zorientowałam się gdzie jest to całe Swarzewo (niedaleko Władysławowa) – postanowiłam pojechać tam, by uatrakcyjnić sobie ten ostatni weekend tak zwanych „wakacji”. Zupełnie nie znam tych rejonów, nie zapuszczam się w tamte okolice, zwłaszcza w sezonie. Ale dla takiego eventu, trzeba było się poświęcić, wsiąść w samochód, pojechać tam i zobaczyć czym tam straszą.

mapa

Zapakowałam się, zabrałam ze sobą towarzysza – zdjęcioroba, wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy w stronę Władysławowa. Dużym zaskoczeniem było dla mnie to, że już dużo wcześniej, na trasie pojawiały się świniaczki, reklamujące i kierujące turystów w stronę labiryntu. Świniaczki przeurocze, których z czasem robiło się co raz więcej. Na miejscu były nawet samochody, które przewoziły te słomiane świnie, będące reklamą. Co ma świnia do labiryntu? Nie wiem, ale urzekło mnie to i ten rodzaj promocji zdecydowanie do mnie trafił.

reklama

Lokalizacja pola jest bardzo korzystna. Jest ono widoczne z głównej drogi, wzbudza ciekawość i myślę, że niejednokrotnie wjeżdżał tam ktoś, kto w ogóle o atrakcji nie wiedział. Niemniej myśmy już wiedzieli. Jechaliśmy tam z premedytacją, ale nie na zwykłą wędrówkę, tylko na konkretną, nocną imprezę.

pajęczyna

Nocy co prawda jeszcze nie było, gdy dojechaliśmy nie było nawet ciemno. Ale taki był plan, by pozwiedzać trochę, porobić zdjęcia, pokręcić filmy nim zapadnie mrok. Tak też zrobiliśmy. Przeszliśmy małe nie kukurydziane labirynciki, zwiedziliśmy „odwrócony” autobus (coś jak domek do góry nogami w Szymbarku).

labirynt

Pokręciliśmy się trochę, posiedzieliśmy przy ognisku czekając aż się ściemni. Wtedy też najpierw usłyszałam, a później zobaczyłam drące się dziecko, wybiegające z labiryntu. Dziewczynka była przerażona. Myślałam, że lęk wywołało u niej samo błądzenie, bo przecież jeszcze było jasno. Po chwili zorientowałam się, że już się zaczęło. Reakcja, którą zobaczyłam, bardzo mnie ucieszyła. Pełna entuzjazmu i nadziei na dobrą, straszną zabawę, wróciłam do samochodu by się przygotować. Kurtka, czołówka, nowa bateria do kamery. Byliśmy ubrani, przygotowani, wyposażeni. No i najważniejsze: w końcu było ciemno. Zatem ruszamy!

wejście

Otrzymaliśmy mapkę labiryntu, na której zaznaczone były literki, układające się w słowa: „Labirynt w polu kukurydzy”. Poinformowano nas, że warto przejść przez wszystkie litery, a także przez większe punkty, jak chociażby samolot czy UFO. Wiadomo było, że na tych trasach będzie ktoś/coś, co ma nas przestraszyć. Mapka pozwalała nam także przejść całość, korzystać w pełni z atrakcji, a nie wyjść od razu, nie oglądając tego, co ma nam do zaoferowania dana lokacja. Mapka w ręce, czołówki włączone – wchodzimy w ciemne, olbrzymie pole.

Trzeba przyznać, że tegoroczne upały pomogły kukurydzy osiągnąć niezłe rozmiary. Pamiętam jak byłam rok temu w innym labiryncie, tam miejscami ściany labiryntu były niższe nawet ode mnie. A to jest bardzo trudne by coś było niższe ode mnie. Tu nie było tego problemu. Wysokie, pokaźne pole. Już samo to tworzyło pewnego rodzaju niepokój. Przywodziło na myśl masę horrorów i sytuacji, w których to taka sceneria odgrywała ważną rolę. A gdy dochodziła do tego świadomość, że za każdym zakrętem, przy każdym rozwidleniu, w każdym zakątku może znajdować się ktoś/ coś – pojawiał się ten fajny, leciutki lęk. Szłam z niewielką obawą, ale też olbrzymią ciekawością co będzie dalej. Kroczyłam tam, zastanawiając się czy to co napotkam na swej drodze mnie przerazi.

kukurydza

Trochę ten element niepewności został niestety zaburzony jeszcze przed wejściem. Zanim „potwory” ustawiły się na swoich stanowiskach, chodziły na zewnątrz, w świetle dziennym, były na widoku. Można było je zobaczyć, oswoić się z ich widokiem, przyzwyczaić się do nich. Dodatkowo przez tą ich obecność, stały się takie bardziej ludzkie, normalne, a co za tym idzie: mniej straszne. Szkoda. Brakowało mi tu większego zaskoczenia. Czegoś bardziej niespodziewanego. Dlatego też długi czas zastanawiałam się w jaki sposób pisać tę relację. Jakie zdjęcia wrzucić? Co mogę publikować? Obawiałam się, że z rozpędu zaspoileruję zbyt wiele i zepsuję komuś zabawę. Ale z tego co zauważyłam, zdjęcia strachów kukurydzianych są oficjalnie publikowane na profilu, więc nie są one żadną tajemnicą. Ktokolwiek wchodzi zobaczyć wydarzenie, prędzej czy później natknie się na jakieś foty. Myślę, że gdyby były jakieś tajemnicze, niepokazywane oficjalnie straszydła, zaskoczenie i przerażenie mogłoby być większe.

Ale muszę przyznać, że jedna postać była dla mnie przeokropna, mimo iż widziałam ją jeszcze przed wejściem. Mam na myśli kobietę z dzieckiem. Jej twarz wzbudzała we mnie niepokój. I przy każdym poważniejszym zakręcie na trasie, lekko zwalniałam, zastanawiając się czy to już będzie tutaj? Czy ona tam stoi? Gdy w końcu ujrzałam ją na prostej drodze, w dość wąskim korytarzyku, stwierdziłam, że w ogóle nie ma opcji, nie przechodzę obok tego czegoś, idę inną trasą. Ale okazało się, że tu akurat nie było innej trasy i obok tego paskudztwa trzeba przejść. Przeszłam, ale ten jej spokój, ta cisza, to powolne zbliżanie się do ludzi w połączeniu z paskudną twarzą sprawiły, że bardzo przyśpieszyłam. Udało mi się nawet nakręcić ten moment i wyłuskać z filmu zdjęcie. Jak Wam się podoba?

z dzieckiem

Niektóre strachy wywoływały więcej śmiechu niż lęku. Chyba największą popularnością cieszyły się postacie biegające z piłami mechanicznymi. Głośny warkot działał tak, że nawet gdy bardziej sytuacja Cię bawiła niż straszyła, to i tak mimowolnie uciekałeś. Jak ktoś przykłada Ci do ciała głośne urządzenie, wyglądające jak piła i zaczyna nim w Ciebie warczeć, to naturalnym odruchem jest ucieczka. Biegniesz, cieszysz się, śmiejesz, ale uciekasz dalej. Te ucieczki były super. Nie tylko dlatego, że mnie bawiły, ale też dlatego, że gubiły uczestników. W momencie gdy od kogoś uciekasz, myślisz tylko o tym, by zrobić to jak najszybciej. Wiejesz w głąb labiryntu, nie zastanawiając się, którą ścieżkę wybrać, gdzie skręcić. Lecisz na oślep. A gdy już uciekniesz, zatrzymujesz się – nie wiesz gdzie jesteś. Trochę czasu trzeba poświęcić by powrócić na właściwy tor. Czasem wraca się w to samo miejsce i znów zmieniasz się w uciekającą ofiarę. Bardzo fajne uczucie. Zwłaszcza gdy goni Cię coś tak super, jak świnia z piłą mechaniczną!

świnia big

Niektóre straszydła były trochę bardziej statyczne, jak chociażby koleś leżący w trumnie. Ciekawe, humorystyczne rozpoczęcie wędrówki – typ rzekomo zaginął w labiryncie dwa lata temu.

trup

Niektóre postacie niestety wyszły na chwilę z roli. Albo może w ogóle w nią nie zdążyły wejść. W pewnej chwili, ze środka kukurydzy wyłonił się typ na szczudłach i zaczął pytać o drogę. Początkowo myślałam, że to element gry, ale okazało się, że zwyczajnie się zgubił i nie mógł odnaleźć swojego stanowiska. Rozbawiło mnie to bardzo. No i utwierdziło w tym, że przejść taki labirynt, ogarnąć go bez mapy to faktycznie ciężka sprawa. Zatem bardziej mu współczułam niż wkurzałam się, że nie był w odpowiednim miejscu, by mnie nastraszyć. Widok zagubionego w polu olbrzyma – bezcenny.

samolot

No dobra, wygląda na to, że impreza była super, wspaniała i w ogóle wow. No, w pewnym sensie taka była. Ale jak to z imprezami z reguły bywa, na nich potrzebni są ludzie. Aby się odbyły, muszą być ludzie. No i to ludzie z reguły imprezy psują. To oni najczęściej sprawiają, że fajne rzeczy przestają być fajne. Tutaj może nie udało im się odebrać całej fajności, ale niestety, w moim odczuciu, zdecydowanie fajność obniżyły.

Na trasie labiryntu można było spotkać mnóstwo ludzi, najczęściej łażących w grupkach. Sporo z nich było pod wpływem. Nie mam nic przeciwko temu, żeby wypić sobie piwo przed wejściem do labiryntu, zwłaszcza, że na zewnątrz było oficjalne ognisko, można było zjeść, napić się browara i atmosfera była raczej luźna. Ale w momencie jak na trasie walały się puste puszki i butelki to niezbyt przyjemnie mi się tam łaziło. W momencie jak kilka razy wlazłam w chmurę dymu, bo ktoś nie mógł poczekać by zapalić fajkę dopiero po wyjściu, trochę zaczęłam się irytować. Natomiast w chwili, gdy siedzący w polu ludzie na bezczela jarali i przeokropnie waliło zielskiem zaczęłam się wkurzać na tyle, że naszła mnie chęć zadzwonienia i wykrzyczenia słów: „halo, policja? Przyjedźcie do labiryntu, bo tu palą marihuaninę!”

kozy

Niestety takich osób nie da się upilnować. One zawsze gdzieś tam będą. Nie przeszkadza mi to, że są, dopóki tym swoim byciem nie szkodzą. A już przebieganie i wyskakiwanie ze „ścian” szkodą jest. Nie wiem ilu uczestników próbowało mnie wystarczyć wyskakując z miejsca, które nie było ścieżką, ale no było ich sporo. Łażą tacy, wydeptują ścieżki, których nie ma, przez co mapa z imprezy na imprezę robi się co raz mniej dokładna i niestety, nie zawsze od razu można odnaleźć prawidłową trasę. Niektórzy łażą tam, zachowują się jak bydło, psują drogi. Popularna „zabawa” to także zrywanie kukurydzy i rzucanie nią na oślep. Ani to fajne, ani bezpieczne. Osobiście wywaliłabym takich z labiryntu, ale nie mam takiej mocy. Zresztą, wywalisz jednych, wrócą następni. Tacy ludzie będą zawsze. Ale zwyczajnie przykro było mi na to patrzeć. Ktoś robi coś fajnego, organizuje taką imprezę, poświęca swój czas, kasę na przygotowanie tego wszystkiego. Następnie przychodzi grupka błaznów, nie szanując ani cudzej pracy, ani cudzego mienia, ani w sumie czegokolwiek. Tu naśmiecę, tu podepczę, tu zerwę kukurydzę, o, a teraz rzucę nią w kogoś. Nie. Jestem na nie, jeśli chodzi o takich osobników.

Natomiast jeśli chodzi o Nocne błądzenie w labiryncie to jestem zdecydowanie na tak. Nawet ta garstka oszołomów nie była w stanie zepsuć mi zabawy. Świetnej zabawy. Już sama idea tworzenia labiryntów w kukurydzianym polu jest dobrym pomysłem. Samo chodzenie w miejscu gdzie Cię straszą to fajna opcja. A jak się połączy te dwie aktywności i zrobi to, gdy już jest ciemno, to mamy super atrakcję. Do tego ogniska na zewnątrz. Możliwość upieczenia kiełbaski, wypicia piwa, ciepłej herbaty. Można posiedzieć, pogadać, odpocząć a później wejść do labiryntu jeszcze raz. Nie ma tu ograniczenia jeśli chodzi o ilość przejść. Jesteś na terenie, łazisz tyle ile masz ochotę. I to jest w tym piękne. Zero pośpiechu, spacer, strach, jedzenie, śmiech, niepokój, dobra zabawa na świeżym powietrzu. Niestety to świeże powietrze ma też minus. Zaraz po tym jak wyszliśmy z labiryntu, zaczęło lać. Z racji, że mieliśmy przed sobą jeszcze długą drogę, nie mieliśmy ochoty moknąć, z obawy przed przeziębieniem. Dlatego też z ciężkim sercem pożegnaliśmy się i opuściliśmy to niesamowite miejsce. Myślę, że w przyszłości będę chciała powrócić, pochodzić więcej, pobłądzić, ale bez moknięcia. Choć sam pomysł jest dość banalny, to jest to niezła i niepospolita atrakcja.

przerażeni

Tylko dla kogo jest ta atrakcja? Dla wszystkich. I to, że jest ona dla wszystkich, budziło moje wątpliwości na początku. Nim zdecydowałam się tam pojechać, zastanawiałam się czy brak ograniczeń wiekowych nie sprawi, że zamiast strachu, będzie więcej śmiechu. Na szczęście było i jedno i drugie. Żałowałam, że nie jest to impreza tylko dla dorosłych, by można było zastosować bardziej ekstremalne metody przerażania ludzi. Niemniej pomimo obecności młodszych uczestników, bawiłam się dobrze. Zrozumiałe jest to, że nie ma takiego ograniczenia, bo zwyczajnie byłoby mniej chętnych. Ale jakby tak zrobić dwa warianty? Wcześniej taki, na który można iść z dzieciakami, a o północy ten bardziej ekstremalny, przerażający i makabryczny? Pisałabym się na to. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zostanie to rozwinięte do takiego stopnia. A nawet jeśli nie, to i tak z chęcią przejdę się po nowo wyhodowanym labiryncie, pouciekam, pobiegam. Może znów znienacka wyskoczą mi wilki, może nie tak straszne jak te z Akademii Pana Kleksa, ale porażające tym nagłym wyskokiem. Może znów przestraszę się gdy zaatakuje mnie Obcy? Może będę śmiać się zaraz po tym jak ucieknę od krojącej mnie piłą świni? Nie wiem jak będzie, nie wiem co będzie. Ale wiem jedno: gdy przyjdę tam za rok, z pewnością będę się wspaniale bawić. Bo to jest dobra zabawa i serdecznie Was do niej zachęcam.

Za gościnę dziękuję:

labirynt kuku

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *