Narracje 2014 – Mędrzec i Duch

Narracje, artystyczne instalacje świetlne, wizualne czy jakkolwiek chcecie to nazwać. Wydarzenie o którym głośno. Wydarzenie, które przyciąga sporo ludzi. Wydarzenie, które w Gdańsku jest już od 2009 roku.

Niestety, pomimo iż do już szósta edycja, to pierwsza, na którą udało mi się pójść. Narracje najsilniej kojarzyły mi się z Gdańskiem Głównym, choć wiem, że bywały i w innych miejscach. Od dawna chciałam iść, jednakże nigdy nie wystarczyło mi motywacji, aby faktycznie tego dokonać. I w tym roku również, prawie umknęło mi wydarzenie, pomimo licznych zaproszeń na Facebook’u. Dopiero w ostatniej chwili, kilka godzin przed końcem, olśniło mnie. Zostałam uświadomiona, że tym razem miejscem „wystawy” będzie Wrzeszcz. Związana z ową dzielnicą od urodzenia, mając do niej olbrzymi sentyment i pałająca miłością, nawet do tych najgorszych, najokropniejszych zakamarków i uliczek, wprost nie mogłam odpuścić. W końcu, po tylu latach, zmobilizowałam się i udałam się, aby uczestniczyć w owym tak nagłaśnianym i popularnym, gdańskim wydarzeniu.

narracje

Start był w synagodze. Kolejka na strych była tak długa, że postanowiłam przejść całość, zapoznać się z atrakcjami „zewnętrznymi” i dopiero na koniec wrócić obejrzeć początkowe punty programu. Jak się później okazało, tak obleganą atrakcją była suknia ślubna ze swastykami. Autorka „dzieła”, Agnieszka Baaske, prezentowała tam suknię, chcąc „odczarować historię”, pokazać, że symbole nie są jednoznaczne. Bo przecież dawniej swastyka przynosiła szczęście, a obecnie ów symbol ma pejoratywny wydźwięk, zatem dysonans jest ogromny.

W auli można było obejrzeć film pt. „Lux Aeterna”. Hubert Czerepok zachwycił i zachęcił mnie tytułem, który jest mi bliski, jako, że uwielbiam zarówno Darrena Aronofskiego jak i Clinta Mansella. Tytuł ten niezmiennie kojarzy mi się z kompozycją do filmu „Requiem for a dream”, dlatego też bardzo chciałam zobaczyć dzieło Czerepoka. Zrobiłam chyba trzy podejścia. Raz wyświetlona była woda i przez długi czas nic się nie działo. Innym razem były drzewa, efekt ten sam, albo raczej jego brak. Podobno na początku miały być słowa Hitlera, następnie Breivika. Jednakże nigdy nie mogłam trafić na początek filmu. Aż w końcu znudziło mi ciągłe przychodzenie i próba trafienia na wstęp. Poddałam się i odpuściłam seans. Brakowało mi tu jakiejś informacji od organizatorów, o której zaczyna się kolejna projekcja, aby usiąść i obejrzeć w spokoju, od początku do końca.

Większość dzieł to krótkie filmiki lub grafiki, wyświetlone na budynkach. Niektóre ciekawe, intrygujące lub po prostu ładnie komponujące się z okolicą. Inne dziwaczne, czy wręcz nudne na pierwszy rzut oka. Jeśli przeszło się obok bezmyślnie, niczym nie zachwycały. Dopiero wysłuchanie przewodnika lub przeczytanie kilku słów ze specjalnie wydanego na tę okoliczność informatora sprawiało, że w pewien sposób twórczość intrygowała i pobudzała do refleksji.

Były także kompozycje odbiegające trochę od tego „wyświetlanego na blokach standardu”. Julita Wójcik przedstawia „Drogę do lasu”, która jest niczym więcej, jak zniczami tworzącymi drogę świetlną. Niby nic, ale dzieło porusza i nawiązuje do historii Wrzeszcza. Jest ono pewnego rodzaju przypomnieniem, zarzutem czy też smutnym stwierdzeniem faktu, iż leśna dróżka, została bezpowrotnie odebrana mieszkańcom Wrzeszcza i zablokowana przez TVP.

Super pomysłem było także wykorzystanie pięknego gmachu Politechniki Gdańskiej. W niej znajdowały się marmurowej rzeźby „Długie spojrzenie”, których autorem jest Grzegorz Drozd. Z kolei w aulach można było obejrzeć trzy filmy, którymi uraczył nas Igor Krenz. „Samowbicie”, „Zamknięcie pudełka” oraz „Próba nadmuchania kapusty” są produkcjami bardzo krótkimi i bardzo przewidywalnymi. W przypadku dwóch pierwszych, po pierwszym kadrze wiedziałam jakie będzie zakończenie. Kapusta była bardziej zaskakująca, ale za to trochę przydługa.

Na narracyjnej trasie można było także zjeść. W okolicy ul. Wassowskiego została utworzona tymczasowa kawiarnia. Koksowniki, ładne oświetlenie, ławeczki a także jedzenie przygotowane przez okolicznych mieszkańców, to wspaniała inicjatywa. Inicjatywa, którą zapoczątkowało: „Stowarzyszenie inicjatywa miasto”. Bardzo przyjemne miejsce, aby usiąść, napić się kawy, zjeść ciasteczko. A jeśli ktoś miał ochotę zjeść co innego, to z tym też nie było problemu, bo w okolicy narracji był najwyraźniej zlot Foodtracków.

Ci bardziej czujni, mogli też natrafić na czarne BMW, które „śledziło” zwiedzających. Kilka buczących samochodów było rozstawionych na trasie, gdzie intrygowało i zadziwiało nie spodziewających się niczego mieszkańców Wrzeszcza. Jak ktoś nie wiedział, że to część imprezy, mógł być nieźle zaskoczony.

Nie pamiętam w którym to było miejscu, ale wydaje mi się, że znalazłam instalację rozstawioną „na dziko”. Ani w przewodniku, ani na słupie informacyjnym nie było o niej żadnej wzmianki. Ba, nawet nie było żadnego słupa. Wydaje mi się, że ktoś po prostu chciał zrobić zamieszanie, podczepić się pod imprezę, zabłysnąć. Jakiś filmik został wyświetlony z balkonu, na blok znajdujący się na przeciwko. Nic więcej. Nawet nie wiem o czym to było. Nie pamiętam. Coś pomrygało, coś pobrzęczało. I tak sobie myślę… Gdybym mieszkała na trasie Narracji, też z przyjemnością bym się tak podczepiła.

Nie bardzo mogę porównać tegoroczną edycję do poprzednich. Nie specjalnie mogę się jakoś odnieść, bo były to moje pierwsze Narracje w życiu. Pierwsze, ale z pewnością nie ostatnie, bo myślę, że takie wydarzenie jest czymś na tyle ciekawym, że nawet jeśli jest do kitu, to i tak fajnie zobaczyć, żeby móc doświadczyć coś do kitu, ale dla odmiany, innowacyjnie do kitu.

Aczkolwiek muszę przyznać, że zawsze zastanawiało mnie, gdzie jest ta granica i co można nazwać sztuką? Granicy nie ma, to jest pewne. Skoro można robić performance, pić kolorowy koktajl i rzygać farbą na płótno, to można wszystko. Mimo to, nadal zaskakuje mnie, że można wejść na ebay, kupić tam starą suknię, podszyć, ponaprawiać i wystawić w synagodze. Nie zamierzam umniejszać zasługi autorki, bo akurat „dzieło” mojej imienniczki, chyba najbardziej utkwiło mi w pamięci. Kontrowersyjne, odważne, ale jednak, jakby się tak zastanowić, nie wymagało chyba dużej pracy. Kupujesz i masz. Co innego taki obraz, który jednak trzeba namalować. Patrząc w ten sposób, myślę, że sztuką nie jest to, co się wykona, tylko pomysł. To idea jest w cenie. Nie potrzebny jest talent, trzeba tylko coś wymyślić.

I jeśli o to wymyślanie chodzi, to nowocześni artyści nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Jako osoba mająca durne pomysły, które wciąż wyżerają pozostałości mózgu, a także autorka bizarro, nałogowo wymyślająca i przelewająca na papier chore historie, to na prawdę nie powinnam się dziwić. Jednak się dziwię. Jednocześnie jestem zafascynowana, ale i zaskoczona. Zszokowana, a niekiedy zniesmaczona. Gdy coś jest nudne, to zawiedziona. Ale gdy wyczytam, wysłucham jakieś niesamowite wytłumaczenie/ usprawiedliwienie dla dzieła, to nieraz znudzenie przemienia się w konsternację. Podobnie było teraz, na Narracjach. Wielokrotnie gapiąc się na coś, w głowie pojawiało mi się tylko i wyłącznie jedno pytanie, odnośnie autora: „Co on ćpał?!” Ale w większości przypadków to pytanie pociągało za sobą stwierdzenie: „Ja też to chcę!” A jako, że tego nie dostanę, nie pozostaje mi nic innego, jak czekać na kolejną edycję. Edycję, na którą mam nadzieję, wybiorę się szybciej i przejdę ją z większym zaangażowaniem, a nie tak powierzchownie jak tym razem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *