Morze Niegościnne – Jakub Szamałek

Jakub Szamałek, mimo dość młodego wieku, zdążył się już dorobić między innymi tytułu doktora archeologii śródziemnomorskiej University of Cambridge. Morze Niegościnne nie jest debiutem tego fascynata starożytności. Jego poprzednia powieść Kiedy Atena odwraca wzrok, została nagrodzona na Międzynarodowym Festiwalu Kryminału we Wrocławiu.

Morze Niegościnne to kryminał osadzony w starożytnej Grecji. Osadzony bardzo mocno, dość szczegółowo – widać, że autor zna się na rzeczy. Z początku przerażała mnie ta sceneria. Trochę bałam się sięgnąć po lekturę, ze względu na swą awersję do historii. Zupełnie niepotrzebnie. Pomimo tego, iż książka jest przesiąknięta historią, geografią, mitologią i specyficzną terminologią, dobrze się ją czyta. Znajdujące się tam opisy i słowa, mogące być niezrozumiałe dla przeciętnego czytelnika, nie interesującego się starożytnością, są dokładnie wytłumaczone. Przypisów jest tyle, co w przeciętnej pracy dyplomowej. To dobrze, bo wiemy o co chodzi, łatwo nam pojąć opisywany stan rzeczy. Z drugiej strony, ogrom tej wiedzy na początku przeraża. Momentami wydaje się, że dłużej zajmuje czytanie drobnego druczku niż głównego tekstu.

Czasem też zastanawiałam się, czy autor nie umieszcza tak dużo niezrozumiałych pojęć, aby móc się pochwalić wiedzą. Mnóstwo porównań czy epitetów wypowiadanych przez bohaterów książki jest jakby umieszczona tam na siłę. Wydają się być zbędne. Podobnie jak użycie greckich liter alfabetu do oznaczania rozdziałów. Jeśli ktoś ich nie zna, polecam zaopatrzenie się w zakładkę przed rozpoczęciem czytania. Inaczej można nie pamiętać gdzie skończyło się lekturę. A jeśli ktoś je zna, to zakładka również się przyda, gdyż nie są one ustawione w kolejności alfabetycznej, co przyznam szczerze, bardzo mnie zastanawia… Czy takie oznaczenia są potrzebne? Z pewnością pozwoliło to na wprowadzenie niesamowitego klimatu starożytności. Pomogło nam przenieść się w czasie, do miejsc, których prawdopodobnie wcześniej nie znaliśmy. Autor wykazał się niesamowitą precyzją, był świetnym przewodnikiem w obce nam tereny, które jak widać on zna jak własną kieszeń.

Wiadomo, że jeśli jest to kryminał, to powinna być ofiara. Szamałek już w przedsłowiu informuje nas o tym, że tak właśnie będzie wyglądać fabuła. Kogoś zabijają, a główny bohater będzie poszukiwać mordercy. Tak właśnie się dzieje. Leochares jednak nie szuka sprawcy z własnej woli, tylko zostaje do tego przymuszony. Ten dzielny i silny mężczyzna musi odkryć, kto za tym stoi. Odważny, pewny siebie, wręcz niezniszczalny, taki wydawał mi się być. Jednak w momencie, gdy przez kilkanaście stron, co chwilę czytałam o tym, że biedaczek stara się jeść jabłko bardzo ostrożnie, aby nie naruszyć obolałego dziąsła, wizja głównego bohatera trochę mi się zmieniła. W moich oczach stał się przerażonym, obolałym człowieczkiem, który raz oberwał, a teraz dmucha i chucha na swoją opuchliznę. Przestałam go lubić. Mimo iż był to główny bohater, już mnie zmęczył swoją obecnością.

Lektura momentami też mnie męczyła. Szczególnie jeden fragment: „Nabrał w usta ciepłego płynu, z najwyższym trudem powstrzymując odruch wymiotny, przełknął z trudem.” Jak widać, Leochares miał trudne życie. Wszystko ogólnie było bardzo trudne dla niego. Najchętniej usiadłby w spokoju, odpoczął ze swoją żoną i synem, a tu mu każą szukać mordercy. I szukał przez około trzysta stron. Na szczęście żona mu w tym pomogła, bo w innym wypadku myślę, że mogłoby to trwać za długo. A tyle ile trwało, było akurat. Dość ciekawie. Niezbyt długo. Poza niekiedy nudnymi poszukiwaniami tropu, zdarzały się także retrospekcje. Natomiast najśmieszniejsze były rozważania jego żony. Lamia wciąż zastanawiała się, czy seks z drugą kobietą, także jest uznawany za zdradę. No, bo jak to, przecież to kobieta, nie? Nie zapominajmy także o Teodorosie, dzieciaku, który chcąc nie chcąc także musiał uczestniczyć w tej historii, choć w zasadzie nie wiele do niej wniósł.

Poza tymi kilkoma szczegółami, książka jest znośna. A biorąc pod uwagę fakt, że jest grubo podszyta historią i innymi rzeczami, które na ogół kwalifikuje jako „nudne”, jest dobra. Zważając na to, że jest to kryminał, czyli gatunek, w którym raczej się nie zaczytuję, powiem, iż jest godna polecenia.

A szczególnie godna polecenia jest okładka. I nie chodzi mi tu o samą grafikę, choć i ona wizualnie prezentuje się całkiem nieźle. Mam na myśli wytłoczony napis, dość często zdarzający się w książkach. Jednak moje zainteresowanie przykuła starożytna moneta. Ona również jest wytłoczona, wyczuwalna i miła w dotyku. Świetnie się ją dotyka podczas czytania. Poważnie!

Jakub Szamałek, poza tym, że jest znany jako człowiek wykształcony, pełen pasji, jest też znany jako pisarz. A jeśli jeszcze nie doceniono go za bardzo w tej drugiej dziedzinie, to z pewnością niedługo ulegnie to zmianie. Może jego warsztat pisarski nie jest idealny, bo niekiedy pojawiają się błędy w tworzonych przez niego treściach, jednakże zasługuje na uznanie. Nie tyle za to jak pisze, ale o czym. Połączenie podróży do starożytności z kryminałem, to dość innowacyjny i intrygujący pomysł. Tym bardziej, że bohaterowie nie są stworzeni na wzór wyidealizowanych, dystyngowanych greków. Są autentyczni, tak jak my. Chamscy, wulgarni, bezpośredni. Pełni różnorodnych emocji, dzięki którym stają się po prostu ludzcy. Dzięki temu, są nam bliżsi. Łatwiej nam się z nimi utożsamić. Łatwiej nam ich polubić lub też znienawidzić.

__________________
Recenzja wcześniej opublikowana na: Wywrota.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *