NORDA Kaszëbë – Doktor 85 – 20.09.2026

NORDA Kaszëbë czyli moje pierwsze w życiu zawody kolarskie. Choć od startu minęło już trochę czasu, nadal budzi on we mnie ogrom emocji. I pewnie tak już będzie, że będę wspominać ciepło, ale też wyczekiwać kolejnych!

Jak zapewne widzieliście, już przed 20. września, jak bardzo się jaram tą przygodą. Bluza NORDA Kaszëbë z Jezusem na plecach jest obecnie moim ulubionym ciuchem kolarskim!

Poza ekscytacją, było też dużo stresu. Jako że w kwestiach sportowych, jedyne zawody w jakich brałam udział to biegowe, nordic walking i ostatnio także pływackie, to zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać po kolarskich. Nie miałam pojęcia o niczym. Jak to ugryźć, na co zwrócić uwagę, co zabrać. A z kolei ze wszystkich wymienionych sportów, ten wymaga najwięcej sprzętu. W związku z czym, najwięcej rzeczy można zapomnieć. Ale też najwięcej może się popsuć. I co wtedy?

W regulaminie wyczytałam, że jest tam jakiś serwis w razie czego, ale nie sprzedaje części. Konkretnego cytatu nie przytoczę, ale interpretacja w mojej głowie brzmiała: „Aga, jak złapiesz gumę i będziesz mieć swoją dętkę, to pożyczą Ci łyżki i pompkę, albo pomogą zmienić, ale dętki Ci nie dadzą.” W związku z tym zapakowałam dętkę.

Jako że start miał być po 8 rano w Krokowej, uznałam, że niepoważne będzie jechać tam rano z Gdańska, bo przecież potrzebuję się wyspać. Zatem wcześniej ogarnęłam nocleg nieopodal. Początkowo chciałam pożyczyć samochód z bagażnikiem dachowym, bowiem mój jeszcze takowego nie ma. Ale wypożyczyłam samochód razem z kierowcą, bo mój tata zapragnął być nie tylko transportem, ale i supportem na trasie.

Wyjechaliśmy w sobotę by na spokojnie się zakwaterować, zjeść i odebrać pakiet startowy. Nie wiedziałam jak takie pakiety wyglądają, ile czasu i dodatkowego ustrojstwa będę musiała poświęcić na oznakowaniu roweru. Nie miałam pojęcia jak ma wyglądać numer startowy. Okazało się, że to zwykła naklejka, którą należy złożyć na pół i przykleić do sztycy. Już wiedziałam, że nie jestem w stanie tego zrobić, bo jestem za niska by to zmieścić. Musiałabym zrezygnować z radaru tylnego ze światełkiem, bo to jedyne co się tam mieści. Uznałam, że bezpieczeństwo jest ważniejsze, Varia została na swoim miejscu. Zapytałam gdzie jest alternatywne miejsce do przyklejenia. Uzyskałam odpowiedź i wiedziałam, że przed startem muszę zamontować mój numerek 132 na ramie przy tylnym kole.

W pakiecie startowym był jeszcze „czepek” na kask. Zastanawiałam się czy go ubierać na zawody czy nie, ale uznałam, że to zwiększy moją widoczność, więc stał się kolejnym elementem niedzielnego stroju.

Plastikowy breloczek z napisem NORDA Kaszëbë był jedyną rzeczą, którą po latach mogę rozpoznać jako związaną z tymi konkretnymi zawodami. Drobiazg, ale mnie ucieszył.

Były też dwie kartki, jedna z napisem „Amber”, druga „Pasta party”. Gdyby nie doświadczenie biegowe, nie miałabym pojęcia o co tu chodzi, bo nie było żadnej „instrukcji” czy to słownej czy mailowej. Na szczęście wykminiłam, że muszę mieć to ze sobą, bo to jakieś kartki na żarcie.

Sobota wieczór, pakiet odebrany, pierwsza myśl: „trochę ubogi”. Ale wiem, że czasem dostaje się więcej na mecie niż na starcie, więc wyczekiwałam na kolejny dzień. A przede wszystkim na niemal 85-cio kilometrową przejażdżkę.

Kolacja, doładowanie światełka, telefonu i trzech Garminów. Przygotowanie ubrania na kolejny dzień. Ostatnie dopakowanki pt. wspomniana już dętka, chusteczki w razie sraczki oraz żelki na wypadek gdyby jednak nie było na trasie opcji jedzeniowych bezmięsnych i trzeba by się było czymś dopchać.

Jako że były to moje pierwsze tego typu zawody, byłam podekscytowana i zestresowana. Nie wiem co bardziej. Ale stres dotyczył nie tego czy się doczołgam do mety, bo w to nie wątpiłam. Obawiałam się tego co zwykle:

  1. że się zgubię. I nie mówcie mi, że po to mam Garmina Edge, że po to trasa w GPX, że przecież mam telefon z GPSem, że na trasie są ludzie, że będzie oznaczone… Ja to wszystko wiem, znam wszelkie racjonalne argumenty, bla bla bla. Ale ja wiem coś jeszcze czego Wy nie wiecie. Ja dobrze znam siebie i swoje supermoce. A jedną z nich jest gubienie się, zatem obawa była słuszna. Wiedziałam, że ta moc może się odpalić na trasie i albo nadłożę trasy, albo wyląduję gdzieś w polu prosząc by mnie odnaleźli.
  2. kwestie techniczne. Takiego doświadczenia nie mam, ale obawiałam się, że coś mi się technicznie rozsypie na trasie i nie będzie to tak proste/możliwe do zsypania z powrotem, a zatem wykluczy mnie z dalszej przygody. Bardzo tego nie chciałam.
  3. Że nie zmieszczę się w limicie czasu. Mało prawdopodobne, ale jednak!
  4. Że będę mieć sraczkę. Tego rozwijać nie trzeba. Aczkolwiek trasa poza terenem zabudowanym, rower mój, a nie wspólny sprzęt. To nie żaden hyrox, tragedii nie będzie, pewnie nawet nikt nie zauważy.

No i to chyba tyle z moich głównych obaw. Także nie było tak źle.

W niedzielę rano, po wmuszeniu w siebie śniadania, dotarłam w okolice startu. Przykleiłam na ramę wspomniany numer startowy. Zrobiłam mały striptiz na parkingu, bo w ostatniej chwili zmieniłam koncepcję stroju. Wahałam się chwilę czy brać kurtkę przeciwdeszczową, ale w końcu uznałam, że na wszelki wypadek wezmę.

Startować miałam o 8.02, w okolicach 7.30 krążyłam tam już bez sensu trochę marznąc. Aż w końcu zostałam zapytana czy chcę startować. Mówię, że chcę, ale no jeszcze czas, bo w regulaminie wyraźnie było, że o swojej porze należy wyruszyć. I wtedy się okazało, że wcale nie i że mogę już jechać. No to pojechałam, bo po co tam stać?

Odpaliłam GPS, zastanawiałam się czy załapie, nie wywali się w trakcie i zapisze mi całą trasę. I w tamtym momencie to już było moje jedyne zmartwienie, bo początek ścieżki był piękny, płynęłam szczęśliwa, że ten wyczekiwany dzień w końcu nastał!

Po chwili już dosłownie płynęłam, bowiem po ok. 5 minutach mojej radości zaczęło padać. Na początku delikatnie, uznałam, że przejdzie i negocjowałam sama ze sobą, bo nie chciało mi się zatrzymywać by ubrać kurtkę. Niebawem dalsze negocjacje przestały mieć sens, a ja ucieszyłam się, że to poranne zawahanie doprowadziło mnie do momentu, że jednak zabrałam ze sobą kurtkę. Zatrzymałam się, ubrałam… I tak już byłam w niej do końca podróży. Na końcówce były jakieś momenty przejaśnienia. Ale w tamtym momencie to słońce nie miało już żadnego znaczenia, bo przez te kilka godzin pływało mi wszystko co pływać mogło. To był ten moment w którym pomyślałam, że być może spodnie wodoodporne nie byłyby głupim pomysłem.

Moje wątpliwości kierunkowe też zostały szybko rozwiane, bo trasa była bardzo dobrze oznaczona. Strzałki maźnięte farbą, ale też Ochotnicza Straż Pożarna rozstawiona w newralgicznych punktach. Na samym początku, to nawet na mini pustych skrzyżowaniach ktoś stał, dzięki czemu poczułam się mega bezpiecznie.

Później bezpieczeństwo trochę się zmniejszyło, gdy wyjechałam na szosę i ku mojemu zaskoczeniu zaczęły mnie wyprzedzać samochody. Moje zaskoczenie nie wynikało z tego, że wyprzedzają, bo wiadomo, że demonicą prędkości to ja nie jestem. Zaskoczyło mnie, że tam są. A zaskoczenie wynikało z braku doświadczenia i mylnego założenia, że to jak na biegach ulicznych, że ruch jest zamknięty. Moją błędną tezę potwierdzał też fakt, że jakiś czas temu było głośno o kolarzu, który zginął na zawodach w Portugalii (chyba). I ludzie w komentarzach burzyli się, że trasa była źle zabezpieczona, bo został zamknięty tylko jeden pas. Więc wtedy myślałam, że skoro jeden to mało, to pewnie dwa to standard. A tu sobie jadę, a samochody z obu stron. Stąd moje zaskoczenie.

Na szczęście nikt mnie nie zabił. I to bardzo duże szczęście, że to się nie stało. A jeszcze większe, że nie stało się przed 40 km, bo nie doświadczyłabym przedwczesnych świąt. Ale zanim km. 40, to wcześniej 39. Mówi się, że przy maratonie biegowym na ok. 39 km jest ściana i ciężko sunąć dalej. Mi się wcześniej ciężko sunęło dalej, bo już ok. 20 km zrobiłam się bardzo głodna. Ale uznałam, że dociągnę to punktu z bufetem i żelki zjem dopiero jak się okaże, że tam nie ma nic dla mnie. No i tak jechałam, jechałam… a na ok. 38-39 km dostałam jakiegoś przyspieszenia. To był ten moment, że było mi już tak bardzo wszystko jedno, że chyba chciałam po prostu dojechać do tej mety i zjeść.

Do mety było jeszcze ponad 40 km, ale nagle na środku drogi ujrzałam kobietę. I nie, nie była to fatamorgana. Ale Pani machała do mnie i wskazywała na budynek, mówiąc, że tam czeka bufet. Wielka radość, ale i kolejne zaskoczenie. Bo w mojej głowie ten zapowiadany bufet to była ławka, na której leżą drożdżówki czy inny banan, że ewentualnie można dolać wodę, zjeść na szybko w deszczu i lecieć dalej. Tymczasem moim oczom ukazał się normalny budynek. Zostawiłam rower na zewnątrz (swoją drogą, to był pierwszy raz, że Van ryselek został sam bez opieki. O dziwo, nawet nie płakał.) Weszłam do środka.

Zmarźnięta, przemoczona, wygłodzona patrzę, a tam wigilia. Serio. Wielki stół, uginający się od żarcia. Grupa ludzi przy drugim stole, dokładająca kolejne porcje i pochłaniająca je w zawrotnym tempie. Tempo nie dziwiło, bo to wszystko było takie dobre. Potraw nie liczyłam, ale pewnie z 12 by się uzbierało. Na słodko, na wytrwano, mięsnie, bezmięsnie. Najadłam się, napiłam, dopełniłam wodę, wysikałam i ruszyłam w dalszą podróż.

Myślałam wtedy o tym, że jedyny minus to to, że tak późno był ten bufet, bo jednak 40 km to za daleko, zważywszy na to, że kolejny już za jakieś 20 km. Jechałam dalej, mknęłam naładowana pysznym jedzonkiem. I tak mknęłam, że przemknęłam przez jakąś strzałkę. Mignęła mi przy niej jakaś literka, chyba B? Nie byłam pewna. Zastanawiałam się czy to rozgałęzienie, bo różne trasy, różne dystanse gdzieś tam się rozchodzą. Pojechałam dalej pod górę. I tak zaczęłam się wahać… Uznałam, że chyba za wcześnie na jedzenie, bo od pierwszego punktu minęło dopiero 15 km, ale co jeśli to bufet i przegapię coś smacznego? Zawróciłam.

I całe szczęście, bo gdybym nie zawróciła, straciłabym nie tylko pomidorową, gofra, ale też mega fajną atmosferę. Najedzona, albo raczej już w tym momencie nażarta, poszybowałam dalej, pod górę, na której już przed chwilą byłam. I ogólnie jak sobie myślę o tych podjazdach, to niektóre były zabójcze. Do teraz mam tak, że jak gdzieś mam podjazd, to sobie myślę: „Dobra, Aga, luz. Zrobiłaś przedostatni podjazd na Nordzie, to ta góreczka Ci nie straszna!” Bo faktycznie tak jest.

Na trasie przewijały się różne osoby. Z niektórymi chwilę pogadałam, innych minęłam z innymi dzieliłam posiłek. Natomiast raczej byłam w mniejszości, jeśli mówimy tu o samotnej podróży. Większość to były pary, małe grupki, albo duże korpo grupy, którym firma zapewniła taki fajny team building. Natomiast niezależnie od wszystkiego, klimat był świetny, obsługa w większości zaangażowana, przemiła, z poczuciem humoru.

Zabawnym momentem było gdy wyprzedziła mnie jakaś dziewczyna i zapytała czy to nadal Matura (czyli najkrótszy dystans). Ja mówię, że jadę Doktora (trzeci pod względem długości) i nie wiem. Zobaczyłam mega przerażenie w oczach, po czym poleciała jakaś wiązanka. Dogoniłam ją na najbliższym rondzie. Okazało się, że jednak jechała dobrze i to tam następował zwrot. Wtedy pomyślałam, że jakbym zapisała się na 50 km a leciała trasą na 85 lub co gorsza 112, to chyba nie byłabym zadowolona.

Ogólnie dystanse też wzbudzały moje wątpliwości. Dzień przed startem myślałam, że może źle zrobiłam, że nie wzięłam najdłuższego, bo będę czuć niedosyt. Ale gdy jechałam w tej ścianie deszczu, to ów niedosyt gdzieś tam ze mnie spłynął. Przez chwilę pomyślałam, że może trzeba było brać krótszy… Na szczęście była to bardzo krótka chwila, bo wtedy z pewnością bym żałowała.

Jak już zaczęliśmy jeść na tym 40 km, to nie mogliśmy skończyć. Kolejny punkt ok 55 km, następny dosłownie za chwilę. Tu akurat mijałam organizatora, który krzyknął do mnie, że tam jest bufet. Zdziwiłam się, że znowu, ale wiadomo, nie odpuściłam. Ogólnie z perspektywy czasu myślę, że większą trudnością było zmieszczenie w siebie tego żarcia, niż przejechanie dystansu. Tu podczas posiłku tematem był legendarny, ostatni podjazd. Rzekomo przerażający. Były osoby, co znały trasę, dopytywałyśmy czy będzie gorszy niż podjazd przedostatni. Odpowiedź brzmiała: „gorszy, bo jest drugi”.

Przyznam szczerze, że mimo bujnej wyobraźni, nie umiałam wyobrazić sobie gorszego w tamtym momencie. No i okazało się, że słusznie, bo gorszy nie był. Ciągnął się, ale nie był aż tak masakryczny. W dodatku było piękne ułatwienie i uprzyjemienie pod postacią muzyki. Najpierw saksofon i akordeon. Kolejny punkt: perkusja. Oj ta perkusja dała mi takiego kopa i wprowadziła mega rytm, od razu przyspieszyłam!

Po tym podjeździe zrobiło mi się lekko. Wiedziałam, że to już ostatni. Dalej się po prostu jechało, jechało… I gdy już jechało się tak naprawdę mega przyjemnie, bo bez presji, że kolejny okropny podjazd się pojawi, to nagle odbicie w prawo… i koniec. Meta!

I wjazd na metę zapoczątkował falę minusów i zawodów w moim przypadku. Także już odtąd same zawody na zawodach (ale super żart mi wyszedł!). Jeśli chcecie pozostać na etapie przyjemności i idealnej Nordy, nie czytajcie dalej.

Na mecie kolejne zaskoczenia. Brak numeru startowego. Otóż na początku on bardzo irytująco tyrkał o szprychy. W pewnym momencie przestał. No i już wiedziałam dlaczego. Urwał się i odfrunął w siną dal. nie ukrywam, że było mi smutno, bo chciałam go mieć na pamiątkę.

Kolejna pamiątka też została mi odebrana, a mianowicie czepek na kask, który był w pakiecie startowym i którego ubranie rozważałam. Można powiedzieć, że popełniłam błąd, bo gdybym go nie ubrała, to nie zostałby mi odebrany. Nie wiedziałam, że to wypożyczony element garderoby i że komunikat: „proszę wybrać sobie czepek” oznacza wypożyczenie i że nie musiałam tyle czasu stać i się głowić nad wyborem koloru.

No ale olałam to, bo byłam spragniona medalu. Z takich zawodów miał być to mój pierwszy medal… No i okazało się, że medalu nie dostanę, a przynajmniej nie w takiej formie, jakiej się spodziewałam. Zamiast medalu były mini pucharki na sznurku. I ok, fajnie, że jest pucharek, ale jechałam po medal…

Lekko zawiedziona, choć nadal zajarana klimatem, udałam się ćwiczyć do triathlonu (tzn. odwieszać rower na stojak). A później wraz ze wspomnianymi kuponami z pakietu startowego, poszłam do namiotu. Widząc napis „Pasta party” oczekiwałam, jak nazwa wskazuje: że zjem makaron. Dostałam ryż z warzywami. Uff, dobrze, że z warzywami. Ale dlaczego ryż? Nie wiem. Ale nadal, nie to było największym problemem.

Problem to był ten przeklęty „Amber”. Miał być napój izotoniczny na mecie, było piwo. Uważam za słabe promowanie sportu przez alkohol (i tak, to jest ten moment, że jak ktoś się nudzi, to może mi wytknąć, że kiedyś wystartowałam w piwnej mili. Ale robiłam też inne głupie rzeczy w swoim życiu, a od tamtego czasu dużo się zmieniło.) Zatem wiadomo, piwa nie chciałam, ale stwierdziłam, że z braku laku to chociaż zerówkę wypiję. No ale nie wypiłam. Bo nie było. Miałam opcję wypić piwo z alkoholem lub piwo z alkoholem, ale w mniejszym stopniu. Czyli wybór żaden. Zatem upragnionego izotonika dla mnie nie było. Na szczęście dostałam chociaż wodę. Jak zwierzę.

Później otrzymałam dyplomik, choć niekompletny, bo nie znane były czasy, więc muszę go uzupełnić. Wręczanie nagród, zdjęcia i takie tam chwilowe szwendanie się bez celu. Jako że dystanse były różne, nie było jednego, ogólnego zakończenia, wszyscy wymykali się po angielsku. Ja uznałam, że jednak jestem polką i poszłam pożegnać się z organizatorem. Tak zakończyła się moja Nordzia przygoda.

Czy było warto? Tak.

Czy wrócę? Jeśli czas pozwoli, z przyjemnością!

Czy polecam? Zdecydowanie!

Fakt, że było trochę niedociągnięć i niejasności, o których wspomniałam, ale to w żaden sposób nie przekreśla imprezy, a poza tym jest możliwe do naprawienia. Bawiłam się świetnie. Objadłam się jak prosiak. Pojeździłam fajną trasą w pięknych okolicznościach przyrody.

Jak to mówią: pierwsze koty za płoty. Już ostrzę zęby na kolejne, kolarskie imprezy!

Dystans: 85 km (ale tak naprawdę: 83,35 km)
Numer startowy: 132
Miejsce w kategorii OPEN: 26
Miejsce w kategorii wiekowej: brak
Czas: 5:37:02