Skąd ten rower? Co to w ogóle za pomysł? Ty i szosa?
A no właśnie… Ja i szosa? To był chyba ostatni rower na jakim się widziałam. Większość życia to był jednak rower górski, jeden, drugi, bo przecież mieszkam w Gdańsku, więc wiadomo, że tu górzyście. W międzyczasie mała zajawka BMXowa. Nawet przewinął się monocykl od Quaxa w czasach kursu pedagogiki cyrku, gdy to nie ruszałam się nigdzie bez piłeczek do żonglowania. Ale szosa?!
Już mówię jak to się stało. W zeszłym roku byłam w decathlonie. Nie pamiętam już nawet po co. Możliwe, że po nic, przejść się, w końcu fajnie jest pogapić się na sprzęt sportowy i poszukać nowych zajęć. No i gdy tak sobie szłam, przy jednej z alejek, do której w ogóle nie zamierzałam wchodzić (bo rower to była ostatnia rzecz jaką wtedy potrzebowałam) stał on.
On!

On, czyli piękny, biały, szosowy Van Rysel. Rower, który mnie zauroczył. A tam zauroczył, to była miłość od pierwszego wejrzenia. Momentalnie skradł mi serce. Wydawał mi się idealny, choć wtedy był to dla mnie po prostu ładny mebel. Z ciekawości dotknęłam, przysiadłam, zdziwiłam się, że nawet rozmiar dobry, bo przy moim wzroście to wiecznie doświadczałam za dużych sprzętów. Zachwyciłam się. I wtedy stwierdziłam, że to pewnie jedna z tych maszyn, co są droższe od mojego samochodu, bo przecież jest taki super. Spojrzałam na cenę i szczęka mi opadła.
I jak już pozbierałam tę szczękę z ziemi, to oczy mi się zaczęły świecić. Nie docierało do mnie, że taka piękność może kosztować tylko tyle. 1999 zł. Przecież to absurd! Niecałe 2 tysiące. Oszaleli!
Miałam ochotę go wziąć, teraz, zaraz, szybko od razu, bo bałam się, że zaraz będzie ta cena właściwa i promocja się skończy. Ale zamiast tego zaczęłam procedurę pt. „Aga, po co Ci to?”
Czyli klasyk:
- po co Ci kolejny rower?
- gdzie będziesz to trzymać?
- gdzie będziesz tym jeździć?
- po co Ci szosa?
- przecież nienawidzisz jak ktoś jeździ po ulicy, sama chcesz to robić?
- dwa razy pojedziesz i później co?
No i tak sobie mówiłam, mówiłam. Aż w końcu uznałam, że faktycznie nie ma to sensu, bo nie ma gdzie jeździć na szosie w Gdańsku (nic bardziej mylnego, ale wtedy tego nie wiedziałam). Przekonawszy siebie, pojechałam do domu.
Temat roweru czasem wracał. Moja dziewczyna widziała mnie wtedy, widziała jak mi się świecą oczy podczas wizyty w Decathlonie, ale też później gdy wspominałam o tym białym rumaku. Nie będzie przegięciem jak powiem, że ów Van Rysel skradł mi serce od pierwszego wejrzenia. Śnił mi się nawet wielokrotnie.
Przyszła zima, minęło trochę czasu, udało mi się tę miłość jakoś przydusić. Aż do czerwca tego roku. Co się wydarzyło w czerwcu? A no nic takiego, po prostu miałam egzamin kończący pięcioletnią szkołę psychoterapii. Zatem jakieś dwa tygodnie przed nim, zamiast się uczyć, poprawiać studium przypadku i robić inne, bardzo stresujące rzeczy, pomyślałam, że poszłabym na rower. Uznałam, że dla mnie najlepszy byłby gravel. Oglądałam różne modele, ale przypomniałam sobie o mej miłości.
Ale to nie gravel, to szosa? Chciałam gravel, a cały czas myślałam o szosie, która nijak nie wpasowywała się w moje plany. Nie byłam w stanie przestać o niej myśleć.
Sny o Van Ryselu wróciły. A ja nagminnie rozmawiałam z AI, obczajałam różne aplikacje, czytałam informacje i bardzo szybko sama siebie przekonałam do tego, że jednak Trójmiasto jest świetnym miejscem na rower szosowy. I że miejsce w którym mieszkam ma świetny wylot na różne trasy. I że w ogóle taki rower to jest świetny pomysł, bo mimo że nie umiem na takowym jeździć, to jak na niego wsiądę, to będę płynąć gładko i że nagle wszystkie moje problemy i zmartwienia w magiczny sposób znikną.
Tak dużo zaczęłam o tym gadać, że w końcu pojechałyśmy do Deacthlonu tylko ZOBACZYĆ. I tak zobaczyłam, że ucieszyłam się, że jest mój rozmiar, czyli S. Wsiadłam by przetestować pierwszy raz podczas jazdy. Ale on płynął, ale on sunął, ale on śmigał! Dokładnie tak jak w moim wyobrażeniu. I wtedy już prawie zapadła decyzja pt. „kupię po zdanym egzaminie”. Pojechałyśmy do domu.
Ale moje czytanie, planowanie tras, gadżetów itd. trwało nadal. Padła nawet hipoteza, że kupię teraz, pojeżdżę, po egzaminie mi się znudzi. Że to chwilowe, że mi przejdzie, bo teraz się stresuje. Znam siebie i wiem, że faktycznie tak mogło być. Że to ma sens, takie tłumaczenie jest racjonalne. I racjonalna część mnie mówiła: „faktycznie, poczekaj na egzamin i następnego dnia pojedziesz do Decathlonu i kupisz.”
Niestety ja tej racjonalnej części zawsze nie słucham. Uznałam, że ja muszę teraz. Zamówiłam. I w dodatku cena nie uległą zmianie, nadal niecałe 2 tys! Wyczekałam. Pojechałam po odbiór do dalszego sklepu, by mieć te kilkanaście kilometrów na powrót do domu i zarazem moją pierwszą jazdę.

Jakie to było cudowne uczucie! Później myślałam tylko o tym, kiedy znów będę mieć chwilę na przejażdżkę. I gdzie wybiorę się na dłuższą trasę. Rower totalnie zawrócił mi w głowie. Do tego stopnia, że jak czekałam zestresowana przed wejściem na egzamin, to myślałam: „Aga, za godzinę już będzie po wszystkim, znów będziesz ze swoim ukochanym Van Ryselkiem”.
Egazmin już za mną. Od tamtego czasu minęły dwa miesiące. I co? Przygoda się nie skończyła. Miłość rozkwita. Odwaliło mi jeszcze bardziej. Nie tylko jeżdżę i chcę jeździć coraz więcej, ale też jestem ambasadorką NORDA Kaszëbë. Jara mnie to nadal. A wszystko przez to, że ten egzemplarz był tak piękny i mnie przyciągnął. Dopóki go nie zobaczyłam, nigdy nie myślałam o zakupie roweru szosowego.