Bieg Oliwski – 5 km – 15.10.2017 – Gdańsk

Ostatnio jakoś tak wychodzi, że jestem na biegach co drugi tydzień. Początkowo wychodziło tak samo z siebie, a jak już zauważyłam, że tak się dzieje i ujrzałam lukę w moich biegowych planach, to od razu postanowiłam ją zapełnić. Brakowało mi czegoś na weekend 14-15.10. Szukałam, szukałam i nie znalazłam nic fajnego. Odpuściłam.

Nie znalazłam nic fajnego, bo szukałam dosyć dawno i jeszcze nie wszystkie biegowe informacje krążyły po sieci. Zatem gdy na fejsie mignęła mi informacja, że jest jakiś bieg 15.10, od razu się ucieszyłam. A gdy zobaczyłam, że jeden z dystansów to 5 km, od razu zapisałam się na Bieg Oliwski. Ok, nie od razu, najpierw upewniłam się, ze uczestnicy dostają medale. Może to głupie, ale jak nie dostanę niczego na koniec, to zwyczajnie nie chce mi się biec, bo nie mam motywacji. Prawda jest taka, że jak wychodzę sobie sama na trening, to rzadko kiedy (a w zasadzie to praktycznie nigdy), nie udaje mi się biec całej trasy, nie przechodząc co jakiś czas do marszu. Tak, jestem leniwcem. Muszę mieć jakąś nagrodę. Muszę mieć jakiś treat żeby się zmusić do ciągłego biegania, nawet jeśli ma to być tępo ślimacze. Zatem gdy upewniłam się, że będzie medal, od razu się zapisałam, opłaciłam bieg i czekałam na dzień startu.

Dopiero później przyjrzałam się jak wygląda trasa. Miałam świadomość tego, że to las, ale jakoś wypierałam to, że w lesie są górki i inne takie. Tak sobie wymyśliłam, że pobiegnę spokojnie w miłej scenerii, dostanę kolejny medal do kolekcji i pojadę do domu. Jak zobaczyłam po czym mam biec, to zaczęłam się zastanawiać czy, aby na pewno był to dobry pomysł.

Jeśli chodzi o medal, to owszem, był. Ale troszkę nie sprostał moim oczekiwaniom. O tym, że dostaniemy na mecie kawałek drewna, dowiedziałam się dopiero dzień przed, wcześniej ta informacja nie była nigdzie zawarta.

biegoliwski

Kolejna „atrakcja” to start o 10 rano. Oczywiście byłam tego świadoma, ale też jakoś oddalałam tę myśl, nie przyswajałam jej do końca. Dopiero dzień przed zaczęłam sobie wyliczać czas. Trzeba dojechać na miejsce, nie wiadomo czy będzie gdzie zaparkować i czy grat którym jadę od razu ruszy i czy w ogóle ruszy. Trzeba być wcześniej żeby odebrać pakiet startowy. Wypadałoby zjeść jakieś śniadanie. Ale muszę wstać wcześniej, żeby na czczo zapchać się lekami, po których przez min. pół godziny nie mogę jeść. Wyszło na to, że budzik zatrąbi o 6, co jak dla mnie jest zabójczą porą.

Straszliwie mi się nie chciało. Nigdy mi się nie chce, ale teraz nie chciało mi się jeszcze bardziej. Świadomość górzystej trasy i drewnianego medalu jakoś nie była dla mnie motywacją. No, ale zebrałam się, pojechałam.

Bardzo pomocna okazała się mapka okolicy przygotowana przez organizatorów. Zaznaczony parking z podanym adresem, wklepanie go do GPSa i hop, jesteśmy na miejscu. Co prawda miejsc nie było zbyt wiele, ale ja się zmieściłam bez problemu, a to było dla mnie najważniejsze.

Od rana paskudnie, pochmurno i deszczowo. „Masz cholero swój deszcz na który tak czekałaś!” – powiedziałam sama do siebie. Brodząc w błocie udałam się po pakiet startowy. Siatka pełna ulotek i do tego bardzo miła niespodzianka pod postacią buffy. W osobnej kopercie numer startowy i chip. „Proszę przyłożyć tam kopertę, wtedy będzie można sprawdzić czy dane się zgadzają” – powiedziała mi miła Pani pakietowa. I faktycznie, były komputerki, kartka z czytnikiem do której przykładało się chip. Po chwili na monitorze wyświetliło się moje imię, nazwisko, numer startowy itp. Bardzo fajna i przydatne rzecz. Z kolei po biegu można było podejść i od razu sprawdzić swój wynik. Tego akurat nie zrobiłam, bo była zbyt duża kolejka, ale byłam bardzo miło zaskoczona takim systemem. Pierwszy raz byłam na biegu z pomiarem organizowanym przez B4Sport i mam nadzieję, że nie ostatni. Mail z podziękowaniem za odbiór pakietu przyszedł do mnie błyskawicznie i trochę zszokował. Inne firmy pomiarowe nie miały takich atrakcji w swojej ofercie, a przynajmniej ja na takowe nie trafiłam do tej pory.

Przygotowanie do biegu i spacer w kierunku linii startu. Najpierw startował bieg na 5 km, bieg na 10 km rozpoczynał się godzinę później, ze względów bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa miało też dodać wypuszczanie zawodników falami po ok. 50 osób, co minutę. Gdy ta informacja została wrzucona do sieci, wywołała wielkie poruszenie i niezadowolenie. Nie bardzo rozumiem dlaczego. Pierwszy raz byłam na zorganizowanym biegu leśnym i uważam, że było to dobre posunięcie. W niektórych miejscach jest dość wąsko, nawet przy tej niewielkiej liczbie uczestników zdarzało się, że wpadłam w jakąś dziurę czy inne błoto, by przepuścić osoby, które mnie wyprzedzały lub też próbując wyprzedzić tych, którzy postanowili sobie zrobić przerwę na powolny spacerek idąc ramię w ramię zamiast gęsiego. Start falami uważam za pomysł dobry w takich warunkach.

Ale jak już przy bezpieczeństwie jesteśmy, to warto wspomnieć o bieganiu z psami. Już nie pierwszy raz poruszam ten temat, ale z reguły dotyczyło to ułatwienia w bieganiu, teraz dotyka jeszcze kwestii zagrożenia. Na Biegu Oliwskim widziałam dwie osoby z psami. Pani biegła z psiakiem mniejszym, co pewnie było ułatwieniem w kontrolowaniu go. Biegła normalnie, za każdym razem gdy ją widziałam, nie wydaje mi się, że pies ją ciągnął czy komukolwiek przeszkadzał, ale oczywiście nie wiem jak było, bo nie podążałam za nią przez całą trasę. Gorzej sprawa się miała jeśli chodzi o faceta z wielkim psem. Ten zwyczajnie mnie staranował. Pies, nie facet. Biegnę sobie, biegnę i nagle z prawej strony (z prawej, nie z lewej), koło moich nóg pojawia się psia głowa. Na początku się przestraszyłam, bo taką mam reakcję gdy biegnę i widzę psa (wiadomo jak na ogół psy reagują na biegaczy). Następnie za psią głową pojawia się psi tułów i całą reszta, która zwyczajnie spycha mnie z trasy. Na szczęście nie było to miejsce z przewężeniem więc nigdzie nie spadłam, ale skutecznie wybiło mnie to z rytmu i zirytowało. Zaskoczenie i zmęczenie niestety nie pozwoliły mi na reakcję i nim cokolwiek zrobiłam, psiego biegacza już nie było. Za to zdążyłam mu się przyjrzeć. W pewnym momencie mężczyzna wyglądał jakby miał zaraz paść. Wyglądał na zmęczonego, który ostatkiem sił utrzymuje się na nogach. Przypuszczam, że gdyby nie jego czworonóg, daleko by nie poczłapał. W momencie gdy go widziałam, to nie był już bieg tylko rozpaczliwa próba utrzymania się w pionie z jednoczesnym byciem ciągniętym przez zwierzę. Może akurat na taki moment trafiłam i taki fragment ich przygody dostrzegłam. Ale tyle mi wystarczyło by się wkurzyć i zmotywowało mnie to, by po raz kolejny powiedzieć, że: według mnie bieganie z psami na zawodach jest zwyczajnie nie fair. Bieganie z psem to zupełnie inna kategoria. Z psem się nie biegnie, z psem się frunie, robi się wielkie susy niemal jak na księżycu. Wiem co mówię, bo miałam nie raz przyjemność biegać z psami. Jest to świetna zabawa, fajna aktywność, ale ze zwykłym bieganiem ma nie wiele wspólnego. Dziwiło mnie to, że biegacze z psami są dopuszczani do takich konkurencji i brani pod uwagę w tej samej klasyfikacji. A teraz nie tylko mnie to dziwi, ale też oburza, bo jest to zwyczajnie niebezpieczne. Gdy jestem na biegu, nie chciałabym być spychana z trasy przez jakiegoś czworonoga ciągnącego zawodnika, który sam nie jest w stanie pobiec.

biegoliwski2

Ok, dość narzekania. Chwilę przed godziną 10 wskoczyłam do obszaru wyznaczonego na start. Byłam w pierwszej turze biegnącej. Bezpieczna taktyka by się nie zgubić, bo wiadomo, że gdzieś tam za mną ktoś z nowej tury jest, dobiegnie, wyprzedzi mnie i będę miała za kim biec dalej. Bo tego właśnie się obawiałam, że w pewnym momencie zabraknie ludzi przede mną, nie zrozumiem oznaczenia i przepadnę gdzieś w lesie. Jednakże okazało się, że nie było się czym martwić, bo zawsze był ktoś w okolicy, las był obtaśmowany, na trasie była też obsługa biegu. No i było też sporo ludzi niezależnie. Kibice, psiarze, grzybiarze, kijarze. Także ciężko byłoby się zgubić.

No i start. Uprzedzali przed startem żeby pierwszy kilometr zrobić na spokojnie. Mówili, że początek będzie pod górkę. Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że tak bardzo. Po około 100 metrach zaczęłam się zastanawiać co ja tu w ogóle robię. Po 200 miałam dość. Chwilę później uznałam, że mam ochotę to olać i od razu wracać do domu. No, ale biegłam dalej. Wielgachny podbieg. I gdy już się wydaje, że góra się kończy, to zaczyna się nowa. I tak bez końca. No i biegnę, biegnę, sapię jak lokomotywa. Wspominałam już, że od rana niemiłosiernie bolał mnie łeb? No to teraz już było apogeum bólu. Biegnę, biegnę z nadzieją, że zaraz się to skończy. Nigdzie nie widzę informacji o przebytym dystansie. Ale na czuja wydaje mi się, że już co najmniej połowa tej męczarni, że już jestem na jakimś trzecim kilometrze. W końcu zakręt i pierwszy człowiek z obsługi na trasie. „Ile już?!” – pytam. „Jeszcze tylko 4 kilometry!” – słyszę w odpowiedzi. Cztery kilometry, serio… Czyli wychodzi na to, że dopiero jeden za mną. Byłam już całkowicie wypluta, podbieg mnie wykończył. Stwierdziłam, że jeszcze kawałek i zwyczajnie to olewam i idę sobie powoli spacerkiem do mety. Tak, jeszcze kawałek…

Ale po tym kilometrze trochę się poprawiła sytuacja. Pojawił się jakiś zbieg, trochę płaskiego. I w zasadzie po tej kilometrowej masakrze już było całkiem znośnie, nawet przyjemnie. Piękna okolica, ładne ścieżki. Już teraz świat zaczynał wyglądać jakoś lepiej. Dwa kilometry później nawet głowa przestała mnie boleć. Któryś tam z kolei koleś z obsługi pojawił się na horyzoncie. „Jaki dystans?” – pytam znów. „Pięć kilometrów.” – odpowiada. „Ale jaki już mamy, nie jaki biegniemy!” – dodaję zmieszana. „Trzeci kilometr!”. Ok, czyli jeszcze tylko dwa. Jakoś doczłapię. Lekko przyspieszam z górki i dostrzegam na drzewie trójkę nagryzdaną sprayem. Kawałek dalej szóstka innym kolorem. Ach, czyli jednak były oznaczenia kilometrażu. niestety, bardzo słabo widoczne. Właśnie tych oznaczeń mi brakowało do szczęścia.

Biegnę dalej. Co raz więcej osób zwalnia, zatrzymuje się. Nagle widzę, że jakaś dziewczyna wbiega pod górkę, schodząc z trasy. Patrzę uważnie, zapamiętuję numer startowy by wiedzieć kto chciał skrócić sobie dystans. Przyglądam się i dostrzegam, że uciekinierka rozgląda się wokół. „Aha, czyli nie oszukuje, tylko sika. A to spoko.” Przyspieszam. Kolejni zwalniają. Zatrzymują się. Spacerują. W efekcie kilka razy wyprzedzam te same osoby. Także kilka razy jestem wyprzedzana przez te same osoby. Pokusa by przejść do marszu jest co raz większa, ale jeszcze nie ulegam. Biegnę dalej.

Kolejny zakręt, kolejny człowiek z obsługi. „Ej, ten Pan się teleportował!” – krzyczy dziewczyna biegnąca za mną. „No też mi się tak wydaje.” – odpowiadam. Zwątpiłam gdzie jestem i co się dzieje. Facet coś powiedział i szczerze mówiąc nie wiem czy biegłyśmy znów w tym samym miejscu czy on się przeniósł. Ale jak już się upewniłam, że biegnę dobrze to mi ulżyło. Przez chwilę bałam się, że robię jakąś drugą pętlę i to nigdy się nie skończy.

Jeśli chodzi o „drugą pętlę” to tu nie było tego problemu. Trasa była tak zorganizowana, że całość miała 5 km, także robiło się ją tylko raz (dwa razy przy biegu na 10 km). Większość biegów w jakich brałam udział polegała na kręceniu pętli, powtarzaniu trasy dwa bądź trzy razy. Tutaj leciało się ze startu i aż do mety. Zdecydowanie bardziej podoba mi się takie rozwiązanie. Jak już jestem na końcówce, jak widzę metę to mogę przyspieszyć a nie myśleć: „O nie, jeszcze dwa okrążenia.” Jestem zwolenniczką jednookrążeniowych tras i Bieg Oliwski właśnie taką mi zagwarantował!

Został jakiś kilometr do końca, a przynajmniej tak mi się wydawało. Moje wyczucie odległości totalnie nie działa, jak już zdążyliście się zorientować. Zatem biegłam dalej nie mogąc doczekać się końca. Po drodze spotkałam mojego kamerzystę, który towarzyszył mi na końcówce do samej mety. Aż dziwne, że nie wpadł na drzewo jak jakaś postać z kreskówki. Dzięki niemu możecie obejrzeć ostatnie 1,5 minuty mojego biegu, a przy okazji posłuchać jakie bzdury gadam gdy jestem zmęczona. Biegnę, obok kamerzysta z moim telefonem. Kręci, zagaduje. Lecę co raz szybciej aż docieram do jakiejś maty w środku lasu. Coś zapikało. Myślałam, że to meta, więc zwalniam zdziwiona, że to już. Kobieta z obsługi tłumaczy, że to nie meta, więc dostaję turbo przyspieszenie i lecę do mety właściwej. Zresztą, końcówkę możecie sobie obejrzeć tutaj:

Ale serio, powie mi ktoś o co chodzi z tą matą wcześniej? Dla mnie było to dość mylące i bardzo niezrozumiałe. Co robi pikająca mata w środku lasu?

Gdy już dotarłam do mety, poszukiwałam swojego medalu. Panie medalowe ich nie wręczały, tylko je trzymały. Medale rozdawały dzieci. To było straszne, bo musiałam się baaaardzo schylić, by dzieciak założył mi tasiemkę na łeb. Prawie się wywaliłam. No, ale cóż, ludzie lubią angażować dzieci do wszystkich dziwnych czynności na biegach, muszę do tego przywyknąć.

Liczyłam na to, że jakiś dzieciak wręczy mi także wodę, niestety, po picie trzeba było iść do obszaru żarciowego. Tam kolejka, kilkadziesiąt metrów. Czekałam jak głupek by dostać drożdżówkę, herbatę i wodę. Po czym jak je dostałam, zostałam zaatakowana markerem. Albo raczej nie ja, tylko mój numer startowy. Tak, teraz mam brzydki, pogryzdany numer startowy, żebym jeszcze raz nie przyszła po żarcie. Kumam, że jest pełno durnych ludzi, którzy chętnie staliby cały dzień w kolejce i podchodzili co chwilę by się nażreć za free, ale to nie powód, by psuć komuś numer startowy, są na to inne metody. Rozumiem też, że jak jest dużo ludzi, to ciężko zrobić by nie było kolejki. I do jedzenia i ciepłego picia kolejkę rozumiem, akceptuję. Ale woda bezpośrednio po biegu to zupełnie inna sprawa. Według mnie powinna być wręczana od razu z medalem. Może być nawet przed medalem. I tego właśnie mi brakowało. Wody. Od razu. Jakoś udało mi się przetrwać i nie zemdleć, sukces.

Jak już wspominałam na początku, można było sobie zapikać chipem i sprawdzić na monitorku czas. Fajna opcja, ale kolejka za duża, do tego doszedł tłum ludzi biegnących na 10 km, który dopiero zaczął odbierać pakiety. Zdjęłam chipa z buta, wrzuciłam do kartonu i poszłam. Nic tu po mnie. Na dekoracji też nie zostałam. Endorfiny co prawda wyparły na chwilę zmęczenie, ale wiedziałam, że zaraz wróci. Pognałam do samochodu. Mama ma imieniny, jadę do niej na obiad!

A medal? Tragedii nie ma, czuć, że świeży, do tej pory śmierdzi świeżą obróbką i heblem. Nietypowy, wyjątkowy, ok, z tym nie mogę się nie zgodzić. Ale moje zamiłowanie do wszelkiego złomu nie pozwala mi się cieszyć z drewnianego medalu tak bardzo, jak cieszyłabym się z metalowego, ciężkiego, którym można zabijać zombie. Jest ładnie, oryginalnie, ale to nie to. Zresztą, kwestia gustu.

Jeśli chodzi o organizację Biegu Oliwskiego, poza tym co pisałam, nie mam chyba więcej zastrzeżeń. Wyszło całkiem nieźle, choć spodziewałam się, że będzie źle, obserwując wydarzenie w sieci. Odniosłam wrażenie, że bieg był organizowany dość późno, w pośpiechu, na ostatnia chwilę. Mało informacji w necie, trudny do znalezienia regulamin. Informacje w ostatniej chwili. Poszukiwanie wolontariuszy kilka dni przed. Udostępnienie zdjęcia medalu dzień przed i śmierdzący świeżą obróbką drewna medal nasuwają mi myśl, że te dotarły do organizatorów dopiero dzień przed. Organizacja biegu wydawała mi się ostro igrać z deadline’m. Czy tak było? Nie wiem, to tylko moje domysły. Czy to źle, że tak było (o ile tak było)? Zdecydowanie nie, wręcz przeciwnie. Sama jestem osobą ostro deadline’ową, rozumiem takie działanie. Może przy organizacji tego typu eventów nie jest to wskazane, ale skoro wszystko działało i wypadło tak dobrze, to czemu nie? Choć może jakby zacząć organizować niektóre rzeczy wcześniej, może byłoby jeszcze lepiej? Mam taką nadzieję. Bo choć na początku byłam wściekła na siebie, że w wolną niedzielę wstaję tak wcześnie by się tak zajeżdżać, to z perspektywy czasu stwierdzam, że było warto. Jeśli będzie taka akcja za rok, chcę być jej częścią!

A jak tam z moimi celami biegowymi?

Z biegu na bieg oczekiwania co raz mniejsze. W zasadzie to nauczyłam się już niczego nie zakładać, po prostu biegnę sobie i czerpię z tego radość. Czas nie jest dla mnie istotny, nie przygotowuję się do bicia życiówek, tylko po prostu sobie człapię.

I tu jest coś, co zaskoczyło mnie najbardziej. Mimo iż trasa była dla mnie trudna, najtrudniejsza jak dotąd, pomimo kosmicznego bólu głowy i niechęci do wszystkiego, poszło nieźle. Tzn. nie jest to rewelacyjny czas, ale jest on o minutę lepszy niż to co wykręciłam dwa tygodnie temu w Parku Kolibki. Jak widać bieganie po lesie służy mi bardziej niż bieganie po parku. Ale za dwa tygodnie zweryfikujemy tę tezę, bo będzie kolejna edycja Park Tour, tym razem w Wejherowie.

Jeśli chodzi o takie rzeczy jak: nie będę ostatnia i zmieszczę się w czasie, to też o tym nie myślałam. Nie bałam się, że będę ostatnia, bo zawsze mógł mnie dogonić ktoś kto wyruszy na dłuższy dystans godzinę później. Jeśli chodzi o limit czasowy, to nawet nie wiedziałam jaki jest. Regulamin mówił o 2 godzinach, po czym po zmianach dekoracja zwycięzców była planowana po 1,5 godziny od startu. Uznałam, że nie zagłębiam się, bo najwyraźniej w tym przypadku regulamin nie ma racji bytu i nie będę się tym przejmować.

Jednakże bardzo cieszę się, że po raz kolejny udało mi się utrzymać moje małe, biegowe postanowienie: „Nie przejdę do marszu.” Tym razem chyba najbardziej mnie kusiło żeby je złamać. W zasadzie to na pierwszym kilometrze już praktycznie postanowiłam, że nie będę się starać i po prostu za moment pospaceruję. Ale jakoś chciałam powalczyć jeszcze chwilę, jeszcze kawałek no i dałam radę. Oficjalnie mogę powiedzieć, że pełen dystans przebiegłam, bez przerw na spacer, masz czy nawet sikanie. I tak, teraz mogę stwierdzić, że jestem z siebie dumna.

Dystans: 5 km
Numer startowy: 132
Miejsce OPEN: 143
Miejsce w kategorii wiekowej: 24
Miejsce wśród kobiet: 80
Czas netto: 00:35:50

Ok, teraz patrzę na wyniki i widzę, że pierwsza mata z pikaczem, 60 m przed metą, jednak miała sens, bo też liczyła czas i dzięki niej widać moje turbo przyspieszenie!

Odcinek 4,94 km:
Czas: 00:35:35
8,3 km/ h
7.12 min/ km

Odcinek 0,06 km
Czas: 00:00:15
14.4 km/ h
4:10 min/ km

4 myśli nt. „Bieg Oliwski – 5 km – 15.10.2017 – Gdańsk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *